środa, 26 listopada 2014

NARODZINY LEGENDY ROZDZIAŁ 11

     Minęło już cztery dni od tragedii. Dziś Bruce wybrał się na pogrzeb Graysonów, by pożegnać się ze swoim przyjacielem. Widziałam, że bardzo przeżywa jego śmierć. Musieli być sobie na prawdę bliscy. Ja też ledwo się trzymam. Nie znałam tych ludzi, ale śmierć nie jest mi obojętna, zwłaszcza że sama nie dawno straciłam ojca. Najbardziej boli mnie jednak nie to, że zginęli tylko to, jak zginęli. Najbardziej żal mi ich syna. Po pierwsze, to byli jego rodzice. Po drugie, na pewno obwinia się za ten nieszczęśliwy wypadek. Serce łamało mi się na pół widząc, jak zareagował, gdy uderzyli o ziemię. Uklęknął na słupie, zwinął się w kłębek i zapłakał cicho. Gdy pracownicy cyrku wołali go, by zszedł na dół, chyba w ogóle ich nie słyszał. Sami musieli po niego zajść i siłą ściągnąć.
   Stracił rodziców niemal tak samo szybko jak i ja.
   Wyszłam z pokoju i ruszyłam do Jaskini na popołudniowy trening. Po drodze spotkałam na parterze Stephanie. Przywołała mnie do siebie machnięciem ręki.
   - Steph, ja idę na trening, nie możemy teraz rozmawiać - powiedziałam podchodząc do niej.
   - Cicho! - skarciła mnie szeptem przykładając palec do ust. Uniosłam pytająco brwi, a ona wskazała, bym zerknęła do salonu - Czy to ten chłopak? - dodała jeszcze ciszej.
     Wychyliłam się za ścianę i zajrzałam. Na kanapie siedział młody Grayson. Był ubrany w czarny garnitur i wyglądał jakby mu było zimno. Był zgarbiony, spuścił nisko głowę i wbił wzrok w swoje kolana. Z powrotem spojrzałam na Stephanie.
   - Co on tu robi? - zapytałam.
Wzruszyła ramionami.
   - Bruce wrócił z nim z pogrzebu - powiedziała.
Zastanowiłam się, po co Bruce przyprowadzał tu tego chłopca.
   - Gdzie on teraz jest? - spytałam.
   - Bruce? Zamknął się z Kathy. Powiedział, że muszą porozmawiać.
     Nadal nie mogę się przyzwyczaić do niektórych zachowań mieszkańców tego domu. Zaprosił kogoś, a teraz zamyka się gdzieś na osobności i rozmawia z żoną? U mnie, w starym domu, to było niedopuszczalne.
  - Dobrze, ja muszę iść - powiedziałam ruszając w kierunku windy.
  - Barbra, czekaj! - zatrzymała mnie Stephanie - Poważnie?
  - Co "poważnie"? - oparłam zaskoczona.
  - Poważnie tak się zachowasz? Może... Może do niego pójdziemy?
  - Po co? - zdziwiłam się.
  - Spójrz, jaki jest smutny - nalegała.
  - A co? Ma skakać z radości? - odparłam - Właśnie wrócił z pogrzebu własnych rodziców - przypomniałam jej.
  - Może on chce z kimś porozmawiać?
     Próbowałam sobie przypomnieć, czy ja chciałam towarzystwa po śmierci swojego taty.Właściwie, nie miałam wtedy ochoty na rozmowę, ale to i tak było lepsze, niż pozostawienie samemu z myślami.
  - Ja nie mogę - powiedziałam w końcu.
  - Dlaczego?
  - Miałam udawać martwą.
Stephanie skrzywiła się i niecierpliwie przystąpiła z nogi na nogę.
  - Barbra, błagam cię - jęknęła - On tu nie mieszka. Jeździł całe życie po kraju. Skąd niby ma cię znać? Poza tym, możesz przedstawić się jako kto inny, prawda?
Ma rację. Nie mam się czego obawiać. Pozostaje tylko jeden problem.
  - O czym będziemy z nim rozmawiać? - zapytałam.
Stephanie wyglądała, jakby chciała mnie uderzyć.
  - Jesteś jak Tim - burknęła - Robisz z igły widły i wszystko wiecznie komplikujesz. O czymkolwiek!
   Jasne, już wiem jak to będzie wyglądać. Stephanie bez przerwy będzie mówić, a ja siedzieć obok niej i w milczeniu się im przyglądać. Nienawidzę takich sytuacji.
Stephanie spojrzała na mnie podejrzliwie.
  - A może ty po prostu nie chcesz iść - powiedziała powoli. Otworzyłam usta, by zaprzeczyć, ale ona nie dopuściła mnie do słowa - Trudno - wzruszyłam ramionami - Myślałam, że jesteś inna.
   Jak ona może tak mówić? Krzywda drugiego człowieka na prawdę mnie boli. Od kilku dni przeżywam tę tragedię i nie myślę o niczym innym, a teraz słyszę coś takiego? Myślałam, że Stephanie jest moją przyjaciółką. Jestem tylko nieśmiała... Stephanie ma też odrobinę racji: nieśmiałość w żaden sposób nie powinna mnie ograniczać. Zwłaszcza jeśli chodzi o niesienie pomocy.
    Chcę udowodnić to sobie, nie Stephanie. Wyprzedziłam ją i weszłam do salonu. Uśmiechnęłam się życzliwie do chłopca, który podniósł na mnie wzrok.
   - Hej! - przywitałam się głośno.
   - Hej - odparł chłopak mniej pewnie.
Stephanie przykucnęła przed nim i wyciągnęła do niego rękę.
   - Jestem Stephanie, a ty? - zapytała.
   - Dick - uścisnął nieśmiało jej dłoń.
   - Dick - powtórzyła - Fajne imię. To zdrobnienie od...?
   - Richard - dokończył.
   - Miałam kiedyś kolegę o imieniu Richard, ale zginął z rodziną w wypadku samochodowych. Jechali za szybko, w coś uderzyli, spadli z krawędzi...
     Myślała, że ją uduszę. To chyba jedyny sposób, by się zamknęła. Dopiero teraz przypomniałam sobie, że Stephanie nie umie rozmawiać z ludźmi. To oznacza, że to ja będę musiała mówić więcej niż ona.
  - Audrey - przedstawiłam się Dickowi, zanim zdążył przetrawić jej słowa - Audrey Collins. Lubię koty, jazdę konną i fizykę - powiedziałam, żeby coś powiedzieć.
    W prawdzie kotów się brzydzę, na koniu nigdy nie jeździłam, a fizyki nie cierpiałam. Nawet nie nazywam się Audrey Collins. Nie ładnie tak zaczynać znajomość od kłamstwa.
  - Dick - powtórzył chłopak - Ja lubię lody czekoladowe, piłkę nożną i psy.
  - A ja delfiny, pomarańcze i ciągi matematyczne - dopowiedziała Stephanie.
Uśmiechnęłam się do Dicka łagodnie, a on ledwo widocznie odwzajemnił uśmiech.
  - Bruce cię tutaj przyprowadził? - spytałam.
  - Pan Wayne zaprosił mnie na ciasto - wyjaśnił - Ale powiedział, że wcześniej musi coś załatwić i kazał mi czekać.
  - Znacie się? - spytałam.
  - Trochę... Właściwie nie - przyznał - Wiem, że to dziwne, pojechałem z obcym człowiekiem do jego domu, ale nie chciałem tam wracać... - wytłumaczył i spuścił wzrok.
  - Do Domu Dziecka? - domyśliła się Stephanie, a on przytaknął nie patrząc na nas.
    Łzy zabłysły mu w ciemno niebieskich oczach i Stephanie popatrzyła na mnie pytająco, a zrobiłam minę, która znaczyła mniej więcej "Co ja? To ty wpadłaś na pomysł tej rozmowy. Kieruj nią". Postanowiłam jednak, że nie możemy milczeć. W tej sytuacji to właśnie milczenie byłoby najgorsze.
  - Ja też nie dawno straciłam rodziców - odezwałam się - Wiem jak się czujesz.
    Ponownie przytaknął i otarł rękawem samotną łzę spływającą mu po policzku. Zaczęłam się zastanawiać, czy oby na pewno dobrze zrobiłyśmy zagadując go.
    W tym momencie otworzyły się drzwi po drugiej stronie korytarza. Bruce i Kathy wybiegli z pokoju wpadając na przechodzącego Alfreda.
  - Alfred, zajmij się gościem, proszę - zatrzymał go Bruce, po czym zwrócił się do mnie i Stephanie - Dziewczyny, możecie tutaj podejść?
    Podbiegłyśmy do niego i Kathy. Zaciągnęli nas  za ścianę, tak by Dick nie miał możliwości nas usłyszeć.
  - Mamy misję - oznajmił cicho podenerwowanym głosem - Przebierać się w kostiumy. Natychmiast!
  - Ja też? - zdziwiłam się.
  - Tak, ty też - powiedział szybko.
Zmarszczyłam czoło. Dlaczego są tacy nerwowi?
  - Coś złego się stało - szepnęła Stephanie tak, bym tylko ja ją usłyszałam.
Przeszył mnie lodowaty dreszcz, zupełnie nie wiem dlaczego.
Bruce udał się do salonu.
  - Dick, musimy zniknąć na jakiś czas - powiedział do chłopaka - W domu jest mój kamerdyner i moje dzieci. Gdy wrócimy odwiozę ci do... - zawahał się na sekundę - Do domu. Bardzo cię przepraszam...
  - W porządku - odpowiedział Dick.
    Nie czekając na dalszy przebieg rozmowy, razem ze Stephanie pobiegłyśmy do windy.


      Dotarliśmy pod centrum handlowe jeszcze przed policją. Wbiegliśmy do środa, pomiędzy uciekających z paniką ludzi. Usłyszeliśmy odgłosy strzelaniny i... śmiech? Z trudem wydostaliśmy się z tłumu, jaki powstał przy głównych drzwiach i od razu zauważyłam kobietę stojącą przed marmurową fontanną.
    Nie sposób byłoby jej nie zauważyć. Miała aż nazbyt prowokujący wygląd. Blond włosy o jaskrawo czerwonych końcówkach spięła w dwa niedbałe kucyki. Wielki dekolt prezentował stanowczo za duże piersi, dodatkowe podniesione przez ciasny gorset. Tak samo długie nogi prezentowała krótka spódniczka. W przeciwieństwie do większości przestępców, ona nie była zamaskowana. Miała mocny makijaż, cała jej twarz pokryta była białym pudrem. Widocznie zależało jej, by rzucać się w oczy. Na sam jej widok poczułam niepokój. Nie poprawiło mi nastroju to, że strzelała na ślepo, czymś co wyglądało jak laserowe kule. I to, że śmiała. To przecież jakiś szaleniec!
  - To Harley Quinn - szepnęła Stephanie obok mnie.
    Wydawało mi się, czy usłyszałam w jej głosie strach? Kim więc jest Harley Quinn? O Jokerze słyszałam, Catwoman- także. ale Harley Quinn? Jeżeli Stephanie odczuwa przed nią lęk, to ja powinnam być przerażona.
     Usłyszeliśmy krótki krzyk, głośniejszy niż wrzaski ludzi na około nas. Gwałtownie odwróciłam głowę w kierunku, z którego dochodził. Kilkadziesiąt metrów od nas młoda dziewczyna, sądząc po jej ubraniu kasjerka, padła nieprzytomna na płytki. Na około niej zaczęła się tworzyć kałuża krwi. Nad nią stał mężczyzna w złoto- czarnej zbroi. W dłoni trzymał pistolet, którym właśnie postrzelił dziewczynę.
  - A ten, to kto? - odezwałam się głucho.
Stephanie pokręciła głową.
  - Nie mam pojęcia - przyznała.
  - Rozdzielamy się! - zarządził Bruce i odbiegł w stronę mężczyzny w zbroi.
    Stephanie pobiegła w przeciwną stronę. A ja rozejrzałam się dookoła, nie wiedząc co robić. Postanowiłam trzymać się Jasona. To znaczyło, że muszę zmierzy się z Harley.
    Jason stanął przede mną, chcąc mnie zasłonić. To miłe, ale czuję się trochę nieporadna. To ja mam bronic innych, a nie inni mnie. Nie odezwałam się jednak i zza pleców Jasona obserwowałam jak wyciąga pistolet i naciska na spust, mierząc celowo kilka centymetrów ponad głowę kobiety. Kula uderzyła o marmurowego amorka i wpadła do wody. Harley zaskoczona spuściła mini- bazookę, którą trzymała w dłoni. Przestała się śmiać, ale szeroki, szaleńczy uśmiech nie zniknął z jej twarzy.
    - Co za niespodzianka... - powiedziała cicho nienaturalnie wysokim, przesłodzonym głosem. Odnoszę wrażenie, że wszystko w tej kobiecie jest "nadto". Poza normalnością - Robin, jak miło. Długo się nie widzieliśmy. Urosłeś od naszego ostatniego spotkania. I sprawiłeś sobie koleżankę...
  - Rzuć broń! - przerwał jej Jason, nadal w nią mierząc.
Harley pokręciła wolno głową.
  - Myślałam, że się pobawimy - westchnęła niewinnie - Nie mów, że się nie stęskniłeś na naszymi zabawami? Wymyśliłam nową grę, wiesz? Nazywa się "dziewięć". Tak jak moja ulubiona cyfra. Powiedzieć ci, o co w niej chodzi? - przekręciła gałką na swojej pseudo bazooce na "max" - Ja doliczę do dziewięciu i was zabiję.
Zdębiałam i zaczęłam gorączkowo myśleć, co powinnam zrobić.
  - Rzuć broń - powtórzył Jason stanowczo.
  - Gotowi? To zaczynam - zignorowała go i wyciągnęła wyrzutnię na lasery przed siebie - Raz, dwa, trzy. Dziś zginiesz ty! - wykrzyknęła wesoło i wystrzeliła śmiercionośną kulę w naszą stronę. Jason nie musiała mnie nawet popychać. Sama odskoczyłam, przewracając się na podłogę - Cztery, pięć, sześć,. Mogę cię zjeść? - tym razem wycelowała prosto we mnie. W ostatniej chwili przewróciłam się na bok, a kula trafiła jakieś dziesięć centymetrów od mojej głowy. Odetchnęłam z ulgą. Kątem oka dostrzegłam błysk. Spojrzałam w bok. Dwa metry ode mnie, na wystawie, znajdowało się nieduże lustro. Lustro! Wstałam pospiesznie i ruszyłam biegiem w jego stronę - Siedem, osiem, dziewięć. Nadeszła pora na śmierć! - wykrzyknęła Harley.
   Teraz wystrzeliła dwa pociski, jeden po drugim. Oba w stroną Jasona. Pierwszego udało mu się uniknąć, a drugi uderzył go w brzuch, odrzucając trzy metry w tył.
  - Robin! - zawołałam.
   Harley zaśmiała się krótko i nacisnęła na spust, celując we mnie. W jednej sekundzie złapałam lustro i i odwróciłam je przodem do niej, zasłaniając jednocześnie nim twarz. Laser uderzył, odbił się i jak bumerang poleciała z powrotem do Harley. Tego się nie spodziewała, Uderzył ją w głowę i kobieta z jękiem osunęła się nie przytomna na podłogę.
   Ruszyłam biegiem w kierunku zwijającego się z bólu Jasona. Przyklęknęłam przy nim i rozejrzałam się wokoło w poszukiwaniu pomocy. Okazało się, że to jednak ja będę musiała ruszyć z odsieczą.
   Nad fontanną nachylała się wysoka, szczupła kobieta w czarnym kombinezonie. To Catwoman. To mama. Trzymała dłonie ściśnięte na szyi Stephanie i wepchnęła jej głowę pod wodę. Dziewczyna nieudolnie próbowała się jej wyszarpnąć, jednak nie mogła odepchnąć od siebie mojej matki, która teraz uśmiechała się z satysfakcją, dokładnie tak jak wtedy, gdy wyskoczyła przez okno.
   Zapominając o Jasonie, podbiegłam do niej, złapałam za biodra i pchnęłam kilka metrów w bok, z taką siłą, że aż ją przewróciła. Nie źle, nie wiedziałam, że tak potrafię... Natychmiast wyciągnęłam nieprzytomną już Stephanie z wody i oparłam ją o fontannę. Na szczęście Jason podbiegł, by się nią zająć, więc ja mogłam zając się Catwoman.
   Wyprostowałam się w momencie kiedy ona wstała i odwróciła się do mnie przodem. Na początku wyglądała na wściekłą, ale gdy mnie zobaczyła, uśmiechnęła się zadowolona.
  - U, nowa - powiedziała rozmasowując szczękę, którą dopiero co przywaliła o drewnianą ławkę - Nie Robin? Ciekawe, chyba musisz być kimś wyjątkowym, skoro spotkało cię takie wyróżnienie.
  - Chcesz się dowiedzieć jak bardzo? - spytałam mierząc ją z nienawiścią.
  - Czemu nie? - wzruszyła ramionami.
    Ruszyłam na nią z pięściami, ale ona oczywiście uniknęła zderzenia z nimi. Zaczęłyśmy walkę. Przewaga była raz po jej stronie, raz po mojej. Nie wiem jak długo mogłoby to trwać, gdyby Catwoman nie wyciągnęła noża. To nie był taki zwykły, kuchenny nóż, jakim śmiertelnie zraniła ojca. Ten wyglądał jakby został wyprodukowany specjalnie do zabijania.
    Zamachnęła się i wycelowała prosto w to samo miejsce na moim ciele, w które dźgnęła tatę. Od razu znieruchomiałam i otworzyłam szeroko oczy, Osunęłam się bezwładnie kładąc się na matce. Spojrzałam jej głęboko w oczy, tak samo intensywnie zielone jak moje i nasze spojrzenia się skrzyżowały. Wówczas mnie rozpoznała. Jej źrenice również się rozszerzyły, a uśmiech w końcu zniknął z twarzy, ustępując miejsca wyrazowi zdziwienie i strachu.
   - Barbara? - szepnęła z niedowierzaniem.
    Wyprostowałam się gwałtownie i odsunęłam kilka centymetrów. Podniosłam ramię okazując jej nóż, który w rzeczywistości nie wbiła w moje ciało, lecz w powietrze pomiędzy moją ręką, a piersią. W tej samej sekundzie, wykorzystując chwilę jej nieuwagi, podskoczyłam wysoko i z półobrotu kopnęłam ją z całej siły w głowę.
Z krótkim krzykiem ponownie opadła na płytki.
   - To teraz już wiesz, jak bardzo jestem wyjątkowa - powiedziałam dumnie stając nad nią i wybijając jej nóż z dłoni. Za moimi plecami oddział policji wbiegł do centrum handlowego - Hej, tutaj! - przywołałam ich do siebie.
     Odwróciłam się, by wskazać im Catwoman, ale kiedy spojrzałam na podłogę pode mną, jej już tam nie było. Rozejrzałam się zdezorientowana w około, próbując ją odszukać, ale nic z tego. Nie było jej nigdzie. Tak samo jak całej reszty jej ekipy.
  

niedziela, 23 listopada 2014

NARODZINY LEGENDY ROZDZIAŁ 10

   Dosłownie w ostatniej chwili Damian przewrócił mnie na ziemię, osłaniając mnie przy tym własnym ciałem i kula przeleciała ponad naszymi głowami. Kolejny wystrzał. Na szczęście Slade nie trafił i kula uderzyła w ziemię przed nami. Gdyby mu się udało, Damian by oberwał. Mężczyzna przeklnął i najwyraźniej zrezygnował z jeszcze jednej próby, bo wybiegł ze swojej garderoby i rzucił się do ucieczki.
   Natychmiast wstaliśmy i wybiegliśmy za nim. Przyglądałam się kilkudziesięciu twarzom szukając tej właściwej. Teraz tłum jest zbędny. Ludzie zachowywali się tak jak przed chwilą. Zapewne nie dostrzegli broni w dłoni uciekiniera.
  - Powiedzmy im - zaproponowałam - Niech widzą, że są w niebezpieczeństwie.
  - Tylko wzbudzimy panikę - zaprzeczył Damian - I wtedy Wilson zacznie strzelać.
Ale przecież nie możemy stać tak bezczynnie. W ten sposób nigdy z powrotem go nie odnajdziemy. Tylko w którą stronę uciekł?
  - To może się rozdzielmy? - powiedziałam coraz bardziej poirytowana. Nie. Nie mogę tak. Muszę zachować spokój.
Damian rozejrzał się dookoła, myśląc gorączkowo.
  - Ty tam, ja tu - rzekł w końcu wskazując mi kierunek, w który miałam się udać.
Skinęłam głową i bez słowa ruszyłam biegiem w swoją stronę. Damian rzucił się w kierunku areny, ja przeciwnym.
   Tym razem nie mam zbroi, która mogłaby mnie ochronić. Miałam tylko pas. To musi mi wystarczyć. Szkoda tylko, że jeszcze nie wiem, gdzie co jest!
   Teraz to ja przepychałam się między ludźmi. Niektórzy, tak jak wcześniej, w ogóle nie zwracali na mnie uwagi, inni patrzyli na mnie spode łba i krzyczeli coś za mną, ale i tak mnie ignorowali. Nerwowo rozglądałam się wokoło, ale nigdzie nie widziałam Wilsona. Przez głowę, przeleciała mi myśl, że może on ma występ. W końcu jest cyrkowcem, a broń może mu służyć do spektaklu. Szybko jednak odrzuciłam tę tezę. Gdyby tak było. dlaczego miałby do nas strzelać, a później uciekać?
    Udało się! W końcu odnalazłam go pośród tego tłumu! Dostrzegłam siwe włosy na jego głowie. Biegł. To na pewno on. Teraz, gdy wiedziałam już gdzie jest mój cel, gwałtownie przyspieszyłam. Opychałam od siebie ludzi, którzy ciągle na mnie wpadali. Po kilku krótkich sekundach dogoniłam Wilsona. Wskoczyłam na jego plecy, przewracając go przy tym. Nie był na to przygotowany i pistolet wypadł mu z dłoni. Poobracał się po ziemi, aż zatrzymał się jakiś metr od nas. Dopiero wtedy ludzie w pobliżu ocknęli się i zauważyli co się dzieje. Przerażeni z krótkim okrzykiem cofnęli się w tył, patrząc ze zgrozą na nas i na broń.
     Wilson wyciągnął rękę, usilnie próbując odzyskać pistolet. Już prawie go miał, jednak ktoś go wyprzedził i w ostatniej chwili go przejął. Podniosłam głowę. To Damian. Odetchnęłam z ulgą, lecz nim Damian zdążył się wyprostować, Slade obrócił się o 180 stopni przyciskając mnie do ziemi. Poczułam ból i niewygodę. Próbowałam wyciągnąć ręce z pod jego ciała, by następnie się oswobodzić, ale nic z tego.
      Damian wyciągnął przed siebie pistolet i wycelował nim w mężczyznę. Położył palec na spuście, jednak w tym momencie Wilson, jednym zwinnym ruchem, stopą wybił mu dłoń z dłoni. Natychmiast powtórzył ruch i teraz kopnięciem w głowę powalił na ziemię zdezorientowanego chłopaka.
       Wściekła, włożyłam całą swoją siłę, by zepchnąć z siebie mężczyznę, ale on i tak sam wstał pospiesznie, a ja tuż za nim. Jedna nim zdążyłam zrobić coś więcej, on odwrócił się, zamachnął i pięścią uderzył mnie w szczękę. Maska nie uchroniła mnie przed paskudnym bólem.
   - Aua! - jęknęłam chwiejąc się. Chciałam ściągnąć maskę, by przyłożyć dłoń do brody i złagodzić ból, ale nie mogłam się ujawnić. Poczułam jak momentalnie puchną mi usta,
      Podniosłam wzrok. Wilson znów rzucił się do ucieczki. Tym razem nie zawracał już sobie głowy bronią. Wciąż jednak pozostawał niebezpieczny. Wyprostowałam się i nie zważając na nic ruszyłam za nim. Po chwili dołączył do mnie Damian. Ludzie panikowali i krzyczeli przerażeni. Teraz, dla odmiany, robili nam jak największe przejście.
       Damian rzucił czymś ze swojego pasa w mężczyznę, chcąc go zatrzymać, ale chybił. Wilson wybiegł tylnym wyjściem i na naszych oczach zniknął w ciemności. Damian chciał kontynuować pościg, ale złapałam go za ramię.
   - To bezsensu - powiedziałam próbując złapać oddech - Już go nie dogonimy.
   - Puszczaj! - wyrwał mi się i rzucił za Slade'm.
   - Philippe! - zawołałam za nim - Daj spokój. Lepiej chodźmy do jego garderoby i zbierzmy co się da zanim zrobi to ktoś inny.
Westchnął i popatrzył niezdecydowany najpierw na mnie, a później w ciemność.
    - Okej - zgodził się w końcu, a ja zadowolona skinęłam głową. Przynajmniej teraz nie dyskutuje.
      Ludzie patrzyli na nas podejrzanie. Widać było, że są przestraszeni. Na szczęście nikt nas nie zaczepiał. Nie mogą odwołać występu. Przestępca już uciekł, a widownie nie ma pojęcia co się wydarzyło za kulisami, więc teraz wszyscy udają, że nic się nie stało. W innym wypadku cyrk straciłby za dużo pieniędzy, a większość ludzi w tych czasach nie może do czegoś takiego dopuścić. To przykre, ale to prawda. Na wszelki wypadek spuściłam nisko głowę i wbiłam wzrok w ziemię. Ja nie mogę dopuścić, by ktoś rozpoznał mnie. W zasadzie, mam maskę i nie mam wielu znajomych, ale warto się ubezpieczać.
       Udaliśmy się do garderoby i schowaliśmy do plecaka walizkę z bronią. Przeszukaliśmy wszystko, ale już nic szczególnego nie udało nam się znaleźć. Postanowiliśmy się więc ulotnić. Wszyscy są zajęci, ale może tu ktoś wejść. Nie wiadomo jakby taki ktoś się zachował, gdyby nas zobaczył.
       Szybko przeszliśmy niezauważeni za plecami ochroniarza i ruszyliśmy do Bruce'a oglądającego właśnie pokaz treserki dzikich kotów, zamkniętej w klatce z czterema tygrysami.Po drodze wyczułam, że Damian jest wyraźnie spięty. Uśmiechnęłam się do niego nieśmiało.
   - Zrobiłeś, co mogłeś - odezwałam się - Dobrze ci poszło.
Pokręcił głową.
   - Chciałem go złapać, udowodnić coś ojcu, ale skończyło się tak jak zawsze. Porażką - powiedział wściekły sam na siebie - Może faktycznie Jason jest najlepszy, a ja... ja...
   - Czyli to o Jasona chodzi? - weszłam mu w słowo.
   - Między innymi... - wymamrotał, po czym wyraźnie się zmieszał - Nie ważne, po co ci w ogóle o tym mówię? Zapomnij o tym, dobra?
   - Damian, jeżeli chcesz... - zaczęłam.
   - Nie chcę - przerwał mi - Zapomnij, że cokolwiek mówiłem.
Pokiwałam głową.
   - W porządku - odparłam ze smutkiem - Uratowałeś mnie. Znowu - z powrotem podniosłam na niego wzrok - Osłoniłeś mnie. Dziękuję.
Wzruszył ramionami.
   - Nie dziękuj - powiedział - Ty na moim miejscu zrobiłabyś to samo.
      Nie wiem, czy byłabym gotowa się poświecić dla kogoś kogo ledwo znam. Nie jestem idealna. Jako super-bohaterka powinnam jednak ryzykować jednak swoje zdrowie i życie, nawet dla nie znajomych. Sama się na to pisałam. Teraz czuję się idiotycznie. Lepiej nie mówić o tym Damianowi. I tak chyba ma mnie za głupią. Ale go lubię. Tylko nie wiem, czy on mnie też. Chcę by tak było. Nie wiem, po co mi to? Nie powinno mi na tym zależeć. Jednak przez tyle lat była nieakceptowana i odrzucana przez otoczenie. Chcę to zakończyć. Nie potrzebuję koniecznie przyjaciół. Wystarczy mi akceptacja.
     - I tak dziękuję - powiedziałam po dłuższej chwili, a on w końcu na mnie spojrzał i uśmiechnął się przelotnie.
    - Panie Gordon! - zawołał nagle, zaglądając mi przez ramię.
   Odwróciłam się i spojrzałam tam, gdzie on. Wujek James stał jakieś trzy metry od nas. Przez chwilę myślałam, że to tata. Oni zawsze byli do siebie bardzo podobni. Wujek podszedł do nas, ale po jego minie rozpoznałam, że nie wie kim jesteśmy.
    - To ja, Damian - powiedział Damian cicho, poprzedzając jego pytanie.
Na twarzy wujka pojawiło się zrozumienie.
   - Damian, witaj - pod jego wąsem pojawił się łagodny uśmiech - Misja? - spytał.
Damian przytaknął.
   - Nieudana... - wymamrotał.
   - Wuju? - odezwałam się cicho.
Wujek spojrzał na mnie uważnie.
   - Barbara - szepnął. Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, przyciągnął mnie do siebie i przytulił mocno - Kochanie - powiedział czule głaszcząc mnie po głowie - Jak się czujesz?
   - Dobrze, chodź bywało lepiej - odpowiedziałam - A ty, wuju?
   - Daję radę, Dziękuję - odparł.
Czyli wie o wszystkim, co się wydarzyło. I dobrze. Nie muszę teraz niczego tłumaczyć, ani przekazywać mu wiadomość o śmierci ukochanego brata.
   - James?! - usłyszałam znajomy głos. To ciocia Sara. Rozejrzałam się dookoła, ale jej nie odnalazłam.
Wujek powoli odsunął się ode mnie.
  - Muszę iść - popatrzył na mnie zmartwiony. Widząc zatroskanie w jego ciepłych piwnych oczach, poczułam się jeszcze gorzej.
  - Do zobaczenia - pożegnałam się.
    Wujek skinął do Damiana głową i odszedł. To było krótkie spotkanie, ale obudziło tyle emocji i wspomnień, których teraz nie koniecznie potrzebowałam. W milczeniu razem z Damian ponownie ruszyliśmy.
     Dotarliśmy do Bruce'a i wepchnęliśmy się na ławkę, po obu jego stronach. Żaden z nas się nie odezwał. Bruce popatrzył po nas pytająco.
   - I jak? - zachęcił nas.
   - Średnio - odpowiedział Damian obserwując pokaz. Albo przynajmniej udawał, że go obserwuje, by nie patrzeć na ojca - To nie pora i miejsce, by o tym mówić.
   - Powinienem się denerwować?
Zastanowiłam się.
   - Nie - zaprzeczyłam ruchem głowy, a on przytaknął i wrócił do oglądania tygrysów przeskakujących przez hula- hopy.
    Po piętnastu minutach treserka ukłoniła się nisko, przyjęła oklaski i ze sztucznym uśmiechem, machając do widowni, znikła wraz ze swoimi kotami za kulisami. Po niej wyszli klauni, którzy dziwnym trafem śmieszyli do łez wszystkich prócz nas. Po nich przyszedł czas na kobietę owijającą się wężami, a następnie na mężczyznę ziejącego ogniem niczym smok. Potem wielki byk przespacerował się po arenie, a po nim tańczyły psy w spódniczkach, co akurat było dosyć zabawne.
     Największą gratkę organizatorzy zostawili jednak na sam koniec. Prowadzący zapowiedział dumnie "Latających Graysonów", co publiczność przyjęła oklaskami na stojąco. Na arenę wbiegli machający nam radośnie Graysonowie. Wysoka, ładna kobieta o długich kruczoczarnych włosach, które spięła w zabawną kitę, równie wysoki i niezwykle umięśniony mężczyzna o ledwo widocznych śnieżnobiałych włosach i nie duży chłopiec, o włosach tego samego koloru co matki. Od razu zapaliłam do całej trójki sympatią. Pewnie dlatego, że różnili się od poprzednich wykonawców, prezentujących się dumnie na arenie. Uśmiechy tej trójki były radosne i szczere, a nie sztuczne, wymuszone, a może raczej wykupione. Z entuzjazmem odmachałam chłopcu, który akurat pozdrawiał naszą stronę widowni. Obdarzyłam akrobatów oklaskami, tak jak pozostali i wyprostowałam się gotowa zobaczyć to, co ludzie tak bardzo zachwalają.
     Pokaz się rozpoczął. Już po pierwszych minutach zrozumiałam, dlaczego wszyscy obdarowują Graysonów takim podziwem. Byli niesamowici. Robili salta, przewroty, gwiazdy w powietrzu. Każdy ich wyczyn był nagradzany brawami i okrzykami zachwytu. Skali nieraz trzydzieści metrów nad ziemią, bez żadnych zabezpieczeń. Byłam zauroczona. Zapomniałam o wszystkich troskach. Chciałam, aby ten występ trwał jak najdłużej.
      Rodzina się podzielił. Małżeństwo weszło na jeden z wielkich słupów, natomiast ich syn na drugi, oddalony od pierwszego o plus minus dziesięć metrów. Ukłonili się i pomachali na około, by zwrócić na siebie naszą uwagę, zupełnie tak, jakbyśmy nie siedzieli i nie patrzyli na nich zaczarowani.
      Mężczyzna wziął kobietę za jedną rękę i razem stanęli przodem do syna. Bez ociągania, odbili się i skoczyli do przodu, wyciągając wolne ręce w kierunku swojego dziecka, by złapał ich, a następnie wciągnął na górę. na swój słup.
      Tak jednak się nie stało. Właściwie, nie wiem co się stało. Nie wiem co poszło nie tak. I zapewne tak samo jak ja, nie wie tego Bruce, nie wie tego Damian, nie wie tego nikt z publiczności, nie wiedzą tego organizatorzy. Nie wie tego samo małżeństwo, ani nawet ich syn. Po prostu nie złapał ich. Źle rozłożył wszystko w czasie, za późno wyciągnął do nich swoja dłonie. Nie zdążył.
      Wybuchła panika. Ludzie zaczęli wstawać. Jedni krzyczeli, inni wstrzymywali oddech oczekując na cud. Wmawiając sobie, że to tylko sztuczka, cześć programu. Ale był inaczej. To działo się na prawdę.
       Dwójka Graysonów, wciąż trzymając się za ręce spadała w dół. Na oczach wszystkich rozbiła się o ziemię. I zginęła,

środa, 19 listopada 2014

NARODZINY LEGENDY ROZDZIAŁ 9

   Słońce powoli zachodziło na horyzoncie. Wiał słaby chłodny jesienny wiatr, a ja spacerowałam samotnie po obszernym ogrodzie Wayne'ów. Przysiadłam pod rozłożystą wierzbą, otoczyła mnie zasłona pożółkłych liści. Zamyślona wrzucałam małe kamyczki do nie dużego oczka wodnego przede mną.
   Chociaż nie chodzę już do szkoły i w misjach też jeszcze nie uczestniczę wcale się nie nudzę. Trenuję praktycznie całymi dniami. Nie dlatego, że muszę. Chcę tego. Kiedy ćwiczę nie myślę o rodzicach, o tym co się wydarzyło, jak zmieniło się moje życie, jak ja w ciągu zaledwie miesiąca się nie zmieniłam. Wieczorem jestem tak bardzo wyczerpana, że niemal natychmiast po spuszczeniu powiek, zasypiam. Nie dręczą mnie bezsenne noce przepełnione łzami i wyrzutami sumienia. Noce, jakie dręczyły mnie na początku.
   Bruce stwierdził jednak, że muszę trochę odpocząć i kazał mi upuścić Jaskinię. Udałam się więc do ogrodu. W sumie miał rację, ale teraz setki przeróżnych nieprzyjemnych myśli napłynęło mi do umysłu. Teraz czułam się wykończona umysłowo, nie fizycznie. Coś jest ze mną nie tak. Może ja nie umiem radzić sobie z problemami? Tak bardzo chciałabym, żeby byli tu teraz przy mnie rodzice. Żeby wszystko było jak dawniej.
   Z rozmyśleń wyrwał mnie stłumiony okrzyk. To Stephanie. Gwałtownie podniosłam głowę i spojrzałam w stronę, z której dochodziło wołanie. Odetchnęłam z ulgą widząc biegnącą do mnie w podskokach, uśmiechniętą od ucha do ucha Stephanie. Za nią biegł Tim. Na plecach mieli zarzucone plecaki. Dopiero co wrócili ze szkoły. Dziwne, że pierwsze co zrobili, to pobiegli za dom do ogrodu.
  - Dostałam pięć! - zawołała Stephanie zanim do mnie dobiegła - Pięć, słyszysz?! Dostałam pięć!
  - Z ciągów? - zapytałam nie wstając - Gratulacje.
   Pewnie, że cieszyłam się z jej sukcesu, ale w tej chwili nie miałam ochoty do eksponowania swojej radości. Stephanie najwyraźniej to dostrzegła, bo następne zdanie powiedziała już z mniejszym entuzjazmem.
  - Dziękuję, że mi pomogłaś - dodała bawiąc się cienkimi gałązkami wierzby. Ostatnie promienie słabego słońca rozświetliły jej łagodną twarz dodając jej jeszcze więcej piękna i uroku.
Tim przysiadł obok mnie. Położył plecak między nami, a ja jakoś dziwnie się z tym poczułam. Zrobił to przypadkiem, czy chce, aby coś nas od siebie oddzielało...? Idiotka! Skarciłam się w myślach. Skąd w ogóle coś takiego wpadło mi do głowy? Postanowiłam zignorować to uczucie.
  - Jestem wykończony - westchnął opierając głowę o pień drzewa - A Bruce chce gdzieś jeszcze dzisiaj iść.
  - Jest już późno. Strasznie długo mieliście lekcje - stwierdziłam - Gdzie idziecie? - zaciekawiłam się.
Stephanie wzruszyła ramionami.
  - Tylko Bruce to wie - odpowiedziała - My dowiadujemy się wszystkiego ostatni - okręciła się w około trzymając zwisające gałązki w dłoniach - Idę do domu. Przyszłam się tylko pochwalić.
  - Idź się dowiedz, czy Jason wybiera się z wami - powiedziałam uśmiechając się tajemniczo.
  - Barbra! - wykrzyknęła oburzona nerwowo zerkając na Tima, a mnie zmierzyła tak, jakby chciała mnie co najmniej zamordować.
    Zaśmiała się krótko, rozbawiona jej reakcją, a ona pokręciła zrezygnowana głową i zaczęła się powoli oddalać. Po kilku krokach przypomniała sobie, że jeszcze nie cały świat dowiedział się o jej piątce i przyspieszyła, a po chwili z powrotem biegła.
  - Podoba jej się Jason? - zapytał Tim podążając za nią wzrokiem.
    Zanim zdążyłam odpowiedzieć ugryzłam się w język. Stephanie na pewno lubi Tima, ale nie chciałaby, aby ktoś wiedział o jej uczuciu do Jasona. Powiedziała mi o tym, bo jestem dziewczyną, a ona przez tyle lat nie miała osoby, z jaką mogła porozmawiać na takie "kobiece" tematy. Z Kathy tak pogawędka chyba by nie wypaliła.
  - A co? Myślałeś, że ty? - próbowałam wybrnąć.
  - Byłem tego pewien -zażartował i wyprostował się dumnie, a ja parsknęłam śmiechem - Pytam, bo kiedyś Jason coś tam wymamrotał...
  - Co? - zaciekawiłam się - O Stephanie?
Przytaknął.
  - Nie wiem, czy mogę ci mówić - zawahał się. Poważnie? Mówi to ten, co nie wahał się opowiedzieć każdemu w tym domu, ze wszystkimi szczegółami, jak zareagowałam na wiadomość o konieczności udawania martwej do końca życia. Zdecydował jednak, że jestem godna zaufania, co raczej nie jest do końca prawdą - Jason coś tam mruknął pod nosem, że Stephanie jest nie zła, fajna i ogólnie... go kręci - powiedział.
Wybuchnęłam śmiechem.
  - Poważnie? - ściszyłam głos - Ale to świetnie, bo widzisz, Stephanie Jason też kręci.
Tim uśmiechnął się szeroko nie patrząc na mnie tylko w jakiś odległy punkt przed siebie.
  - Tylko jej nie mów - przykazał.
  - A ty nie mów jemu - zaśmiałam się.
  - Będzie się ich ciekawie obserwować - rzekł odwracając do mnie głowę i oboje zaczęliśmy się śmiać.
   Patrzyliśmy w milczeniu na zachodzące słońce i przybieraliśmy dłońmi w kamyczkach.
  - Jak się robi kaczuszki? - spytałam po dłuższej chwili przyglądając się jednemu z większych.
  - Tu nie ma odpowiednich kamieni - odparł Tim zmęczonym głosem - Muszę być płaskie, geniuszu.
  - Aha - potaknęłam speszona kryjąc głowę w kolanach.
Uśmiechnął się do mnie blado.
  - Kiedyś ci pokażę - powiedział - Przy okazji.
  - Dzięki - odwzajemniłam uśmiech i wróciłam do podziwiania zachodu słońca.
    Naprawdę przyjemnie mi się tak z nim rozmawiało, bez żadnego przymusu, o błahych sprawach. Tylko, że on musiał przejść z tych błahych na te poważne.
  - Barbra, posłuchaj - odezwał się nagle po pięciu minutach milczenia.
  - Coś się stało? - zaniepokoiłam się.
  - Przeprowadziliśmy śledztwo i wiemy kto jest twoją matką - wypalił, a ja spochmurniałam.
  - Kto?
  - To nie jest w stu procentach pewne, ale to prawdopodobnie Catwoman.
   Powoli skinęłam głową. Catwoman. Pewnie, że o niej słyszałam. Kobieta- kot napadająca na banki, okradająca domy. Pewnie te perły wcale nie należały do babci Natashy. Jedno z tysięcy kłamstw, jakimi nas karmiła. Nieuczciwie zdobywała masę pieniędzy i innych bogactw, a przed światem, mną i tatą udawała biedną, dobrą Selinę.
  - Czyli jest tylko złodziejką, nie mordercą? - upewniłam się - Znaczy zabiła tatę, ale poza nim... Fatalnie, ale mogło być gorzej. Bałam się, że ma więcej żyć na sumieniu...
  - Barbara - przerwał mi Tim - Zdajesz sobie sprawę, co właśnie robisz?
  - Co? - zmarszczyłam czoło.
  - Łudzisz się fałszywą nadzieją. To właśnie robisz - odpowiedział - Catwoman pracuje teraz dla Jokera, zrozum. Ona jest morderczynią. Powiedziała to nawet twojemu tacie, a on przekazał to nam zanim... - urwał - Gdy tylko się dowiedział - dokończył.
   Przypomniałam sobie słowa ojca tamtego wieczoru: Wiedz, że oni już wiedzą, Zawiodłaś nas, Ufaliśmy ci. Cały czas chodziło mu o Bat- rodzinę.
  - W porządku - przytaknęłam spuszczając wzrok. Wcale nie było w porządku, ale co innego mam powiedzieć? - Dzięki, za informację.
  - Uznałem, że powinnaś to wiedzieć - powiedział Tim.
Ponownie pokiwałam głową.
  - Dobrze, dziękuję - powtórzyłam - Ja... Ja nie chcę jeszcze o tym rozmawiać. Przepraszam...
  - Nie ma sprawy - odparł.
   I cała magia, szczególny i wyjątkowy nastrój tej chwili zniknął. Było tak dobrze, ale przyjemność nigdy nie trwa długo.
   "Łudzisz się fałszywą nadzieją". To przykre, ale to chyba prawda. Nie mogę pogodzić się z tym kim jest moja kochana mama i co zrobiła. I co robi. Staram się ją usprawiedliwić, ale to najwyraźniej nie jest możliwe.
   Ponownie wpadłam w szalony wir myśli. Wpatrywałam się w bladoróżową lilię na stawie. Ocknęłam się po paru minutach. Słońce już zaszło i teraz było już prawie ciemno.
   Spojrzałam na Tima i uśmiech sam pojawił mi się na twarzy. Zasnął skulony opierając się o pień drzewa. No przecież nie mogę go tak zostawić. Muszę go obudzić. Tyle, że tak słodko śpi...
   Nagle wpadł mi do głowy szalony pomysł. Zazwyczaj takich nie mam. Po cichu otworzyłam jego plecak, zaciskając zęby przy irytującym odgłosie suwaka. Wyjęłam ze środka czarny mazak.
   Powoli, bez najmniejszego szmeru przybliżyłam go do twarzy chłopaka i uśmiechnęłam szeroko sama do siebie. Delikatnie narysowałam mu pod nosem bujne wąsy. Na nich miałam zamiar zakończyć, ale tak mi się to spodobało, że dorysowałam jeszcze wielkie gogle i grube brwi. Tworzyłam właśnie zmarszczki na czole, gdy Tim sam się zmarszczył i nerwowo pokręcił głową. Gwałtownie cofnęłam rękę i schowałam mazak za plecami. Tim powoli otworzył oczy, a ja myślałam, że wybuchnę śmiechem. Dlatego, aby się nie zdradzić, postanowiłam się odezwać.
  - O, właśnie miałam cię budzić - powiedziałam, starając się na niego nie patrzeć.
  - Zasnąłem? - zdziwił się - Rany... Film mi się urwał.
  - Nie zazdroszczę wam - przyznałam - Szkoła, misje, treningi. Ja bym nie wyrobiła... - urwałam, bo zauważyłam, że przygląda się swojemu otwartemu plecakowi, który leżał tuż przede mną - Ja to zaraz wyjaśnię - powiedziałam szybko, ale dłużej nie wytrzymałam i zaczęłam się śmiać, a Tim zauważył mazak w mojej dłoni.
  - Hej! - wykrzyknął - Jak mogłaś!? Porysowałaś mnie!
Wzruszyłam ramionami, nieskutecznie próbując zahamować śmiech.
  - No, wiesz - zaczęłam - Tak jakoś wyszło... Wybacz...
    Tim jednak nie wydawał się obrażony i po chwili śmiał się razem ze mną. Nawet nie zdążyłam się zorientować, a zdjął mi czapkę z głowy i rzucił się biegiem w kierunku domu.
   - Ej, czekaj! - krzyknęłam wstając i ruszając za nim w pościg - Oddawaj, to moje! Bo się przeziębię!
    Wbiegłam do domu tuż za nim i dopiero wtedy rozbawiony oddał mi czapkę.
  - Dziękuję ci bardzo! - powiedziałam zamykając za nami drzwi.
  - "Bo się przeziębię!" - przedrzeźniał mnie piskliwym, wysokim głosem, a ja za karę wbiłam mu łokieć w bok.
  - Ja tak nie mówię, głuptasie - powiedziałam - W ogóle to ty przegrałeś, wiesz o tym?
  - Niby z jakiej racji?
  - Twój plecak tam został - dumnie skrzyżowałam ręce na piersi, a on uderzył się otwartą dłonią w czoło.
  - O, dobrze że jesteście - Bruce wszedł do przedpokoju - Właśnie miałem was wołać. Mam wam coś do powiedzenia... - urwał i stanął w miejscu, a my popatrzyliśmy na niego z wyczekiwaniem - Jeśli mogę zapytać, Tim, co ty masz na twarzy?
  W odpowiedzi ja i Tim wybuchnęliśmy śmiechem, a Bruce patrzył zaskoczony to na niego, to na mnie.
  - To jej robota - Tim wskazał na mnie palcem.
Bruce pokręcił głową.
  - Dobra, nie ważne - rzekł - Mamy taką małą misje, właściwie to śledztwo. Pomyślałem, Barbara, że chciałabyś dołączyć.
  - Ja? - zdziwiłam się. Misja? Już?
  - Ty - przytaknął - Tylko musiałabyś się przebrać, tam gdzie idziemy będzie dość dużo ludzi.
  - Czyli mam ubrać kostium Batgirl? - upewniłam się - No, to chyba oczywiste.
  - Nie - tym razem zaprzeczył - Nie Batgirl. Idziemy do cyrku.
  -  Do cyrku? - powtórzyłam zdziwiona.
  - Jak coś, ja mogę ją pomalować - powiedział Tim podnosząc do góry rękę.
  - Bruce, myślisz, że jestem gotowa? - spytałam niepewnie.
Wzruszył ramionami.
  - To tylko śledztwo - rzekł - Uznaję, że gdyby coś, wiesz co, jesteś odpowiednio przygotowana. Poza tym Kathy opowiadała mi, co ostatnio zrobiłaś - uśmiechnął się do mnie.
Spuściłam wzrok i oblałam się rumieńcem.
  - To nic takiego... - powiedziałam cicho. Nie chcę by mnie zachwalali, a robią to cały czas. Jeszcze nie przekonali się, jaka jestem na prawdę. Nie marzy mi się, by się na mnie zawiedli - Chętnie dołączę - przyznałam - Co to za misja?
  - Ponieważ to śledztwo... - powtórzył już po raz trzeci, ale nie wydawał się zniecierpliwiony. Ten człowiek ma chyba anielską cierpliwość.Przynajmniej w takich sytuacjach - ... to nie wiele jeszcze wiemy. W każdym razie, miesiąc temu doszło do strzelaniny w jednym cyrku. Zatrzymano już sprawcę, ale mój dobry przyjaciel, który jest cyrkowcem i tam pracuje, ma pewne podejrzenia co do nowego członka ekipy, nijakiego Slade'a Wilsona. Twierdzi, że ukarano nie  tę osobę, co trzeba...  -     -Podejrzewa, że to ten Wilson jest winien? - spytałam, a Bruce skinął głową.
  - Ten facet ci to powiedział? - odezwał się Tim - Wie, kim jesteś?
Bruce ponownie potwierdził.
  - Dlatego właśnie prosi mnie o pomoc - powiedział - Właściwie możemy zbadać sprawę.
Przyznam, że byłam trochę zaskoczona. Wcześniej nie miałam pojęcia, że Batman zajmuje się czymś takim. Przybywa, bije, ratuje, odchodzi. Taka była dla mnie kiedyś definicja bycia Batmanem, a tu się okazuje, że prowadzi śledztwa?
  - Twój przyjaciel jest agentem Batmana, tak jak nasi rodzice? - zaciekawiłam się.
  - Nie - zaprzeczył Bruce - To tylko na prawdę dobry kumpel z dawnych lat. Wiem o mnie wszystko, a ja o nim - uśmiechnął się.
   O kimś takim jak Bruce chyba nie da się dowiedzieć wszystkiego, ale niech będzie.
  - Cyrk jest w Gotham - domyśliłam się.
  - O dwudziestej zaczyna się pokaz. Zbadamy sprawę i jak się uda, to chciałbym obejrzeć występ mojego przyjaciela. Jeśli nie będziecie mieć nic przeciwko. Od lat występują i podobno są niesamowici. Najsławniejsi w całym cyrku. On i jego rodzina.
  - Latający Graysonowie! - odezwał się Tim - Kiedyś coś o nich mówiłeś.
  - Właśnie. Barbaro, wystarczy ci peruka. W cyrku kupimy ci jakieś ekscentryczne okulary, czy maskę, czy coś takiego...
  - W porządku - zgodziłam się.
    Byłam taka szczęśliwa. Moja pierwsza misja! Tamtego incydentu z bandziorami nie liczę. Natomiast to... Może to nic specjalnego, ale i tak się cieszę. Poza tym chętnie się trochę rozerwę i pooglądam cyrkowe występy. Bruce podał mi blond perukę i ciemne okulary na teraz.
  - Barbra- blondynka, lubię to - powiedział Tim uśmiechając się do mnie promiennie - Też się pójdę zebrać.
Ruszył biegiem do schodów, ale Bruce go zatrzymał.
  - Daj spokój, Tim - powiedział - Ledwo stoisz na nogach. Ty i Stephanie macie dość.
  - Ale... - zaczął.
  - Wystarczą mi Damian i Barbara - przewał mu - Ty odpocznij. Ale najpierw umyj twarz.
Wymieniłam z Timem rozbawione spojrzenia.
  - Niech będzie - zgodził się.
  - Po za tym musi ktoś tu zostać, na wszelki wypadek. Barbaro, idź się przygotuj - polecił mi - Za nie długo wychodzimy.
  "Na wszelki wypadek". Tak nazywamy tutaj sytuację, kiedy jedna grupa Bat- rodziny jest na misji, a wówczas ktoś gdzieś indziej potrzebuje pomocy. Wówczas rusza z odsieczą druga grupa.
   Skinęłam głową i weszłam na drugie piętro, gdzie zebrałam się w ciągu kilku krótkich minut. Kiedy zbiegłam z powrotem na parter, Bruce i Damian byli już przygotowani i czekali na mnie.
   Do celu dojechaliśmy lśniąco czarnym, oczywiście najnowszym modelem mustanga. Na samochodach czy motorach się nie znam, ale wiem jedno. Przejażdżka tym wozem była niezwykle luksusowa. Jako jedyna siedziałam na tylnym siedzeniu, za Damianem. Zapominając o tym, że jeszcze przed chwilą krzyczałam, że bez czapki się przeziębię, spuściłam maksymalnie szybę i w ciszy cieszyłam się przyjemnym przeciągiem, który zawsze uwielbiałam. Już po chwili rozpędziliśmy się tak bardzo, że byłam zmuszona niemal do końca ją zamknąć.
   Chyba jedna trzecia mieszkańców tego miasta zarezerwowała sobie ten wieczór na wyjście do cyrku. Namiot był ogromny, arena wielka, a ludzi mnóstwo. Zaraz po wejściu Bruce kupił mi różową, brokatową maskę, która zakryła całą moją twarz. Obawiając się, że będziemy musieli "wkroczyć do akcji", co znowu oznacza tu atak albo obronę i walkę, Bruce i Damian założyli podobne, niebieskie maski.
   To prawda, że Latający Graysonowie są największą atrakcją cyrku, Co czwarty plakat był poświęcony właśnie im. Wywnioskowałam, że są akrobatami na trapezie. Ucieszyłam się, jeszcze nigdy nie miałam okazji oglądać takich wyczynów. Mam nadzieję, że dzisiaj mi się uda. Właściwie do tej pory tylko raz w życiu byłam w cyrku. Jak byłam bardzo, bardzo mała. Nie pamiętam pokazów, ale wiem, że razem ze mną byli mama, tata, wujek James i ciocia Sara. I że wspaniale się bawiliśmy.
   - Gorzej, jeżeli znowu dojdzie do strzelaniny - mruknął Damian przyglądając się ławką zapchanymi rozgadanymi ludźmi.
  - Jesteśmy tu po to, by o temu zaradzić - odpowiedział Bruce - Musimy się włamać za kulisy...
  - Tylko my się włamujemy - przerwał mu Damian - Ty tu siedzisz i patrzysz, czy nie dzieje się nic podejrzanego.
  Aż mnie wbiło w podłogę. Zrozumiałabym, gdyby powiedział to łagodnie, tyle że on się nadzwyczajnie rządził. To nie koniec. Rozkazywał swojemu ojcu. Ja nigdy nie zrobiłabym czegoś takiego. Nie dlatego, że bałabym się reakcji taty. Po prostu źle bym się z tym czuła. Bruce przygadał się synowi przez chwilę.
  - Masz rację - powiedział w końcu - Poradzicie sobie? Może...
  - Poradzimy sobie - zapewnił go Damian.
Nie czekając na odpowiedź, wytyczne czy cokolwiek innego, co wydaje mi się że powinniśmy dostać, złapał mnie za nadgarstek i pociągnął w stronę kulis.
  - Damian, chcesz o czymś porozmawiać? - odważyłam się zapytać, starając się, bym nie wyszła na wścibską.
  - Nie - rzekł krótko dając mi tym samym do zrozumienia, że to koniec rozmowy.
Posłusznie zamilkłam, ale już po chwili znowu się odezwałam, zmieniając temat.
  - Jakby coś się działo, mam cię wołać Damian czy Robin? - spytałam cicho, chodź i tak nikt by nas tu nie usłyszał, przynajmniej nie zwrócił uwagi.
  - Najlepiej ani tak, ani tak - odparł.
  - Czyli?
Wzruszył obojętnie ramionami patrząc przed siebie.
  - Nie wiem - rzekł - Wymyśl coś.
Zastanowiłam się.
  - Może być Philippe? - spytałam.
Damian parsknął śmiechem.
  - Philippe? - powtórzył - Nie miałaś innych pomysłów?
  - To pierwsze, co wpadło mi do głowy - wyjaśniłam z całkowitą powagę.
  - Co to w ogóle za imię?
  - Bardzo ładne. Chcesz jeszcze nazwisko? Grant.
  - Philippe Grant - powiedział na głos - Kto to?
Teraz ja wzruszyłam ramionami.
  - Nie wiem. Tak mi jakoś przyszło. A ja? Kim będę?
  - Nie możesz być po prostu Barbarą? - marudził - Masz maskę, kto cię tu pozna? Po za tym, nikt nie zwróci na ciebie uwagi.
  - Chcę imię - powiedziałam - Teraz ty mi coś wymyśl.
Uśmiechnął się pod nosem.
  - To będzie moja zemsta - oznajmił - Audrey Collins.
Skinęłam głową.
  - Coś ta zemsta nie wypaliła - powiadomiłam go - To imię bardzo mi się podoba.
  - Audrey, poważnie? - popatrzył na mnie - No cóż, każdy woli co innego. Jak dla mnie jest beznadziejne.
  - Jest piękne. Dziękuję - uśmiechnęłam się do niego słodko, a on pokręcił głową.
Stanęliśmy przed wejściem za kulisy.
  - Idź zajmij ochroniarza - rozkazał Damian.
Powinnam być posłuszna, w końcu jestem tu nowa. Chcę jednak już na samym początku pokazać, że nie dam sobą rządzić.
  - Ty go zajmij - powiedziałam - Ja mam się jak najmniej rzucać w oczy, pamiętasz?
   Przez chwilę wyglądał na rozgniewanego, że nie zgodziłam się wypełnić jego polecenia, ale ostatecznie dał za wygraną i podszedł do ochroniarza w średnim wieku.
  - Dobry wieczór - przywitał się - Widział pan gdzieś moich rodziców?
Strażnik popatrzył na niego zaskoczony. Nic dziwnego, Damian wygląda na tyle lat, ile ma w rzeczywistości, czyli dziewiętnaście.
  - Słucham? - odezwał się.
  - Zgubiłem gdzieś moich rodziców... - powiedział smutno Damian, a łzy natychmiast zaszły mu do oczu. Gdyby nie był Robinem, byłby świetnym aktorem.
Ochroniarz najwyraźniej nie wiedział co ma robić, jak zareagować. Rozejrzał się zdezorientowany dookoła, szukając jakiegoś wsparcia.
  - To nie wiem, może do nich zadzwoń, czy coś... - zająknął się.
  - Ja nie wiem gdzie oni są! - Damian pisnął jak pięcioletnie dziecko i popatrzył błagalnie na zbitego z tropu ochroniarza - Ja nie wiem gdzie oni są! Tak bardzo się boję! Boję się, że zje ich słoń!
  - Jaki słoń, chłopie? - zdziwił się mężczyzna - Przecież ty... Oni... Ej, ale nie płacz.
  - Gdzie oni?! - krzyknął Damian nagle obejmując nieznajomego w pasie. Mężczyzna wyprostował się gwałtownie i nieskutecznie próbował się oswobodzić - Gdzie oni są?! Proszę pana, ja tak bardzo się boję! Gdzie oni są?! Niech mi pan pomoże, proszę!
  Podczas kiedy Damian odstawiał ten teatrzyk, ja stałam w cieniu i wiłam się ze śmiechu, pragnąc tylko tego, by nigdy się nie skończył.
  - Dobra, już dobra - ochroniarz odsunął Damiana od siebie najdelikatniej jak mógł - Pomogę ci... chłopcze... Jak wyglądają twoi rodzice?
Damian udał, że ociera łzy.
  - Tatuś rudy, a mamusia to brunetka - odpowiedział.
  - Rudy i brunetka, okej - powtórzył ochroniarz mierząc uważnie chłopaka - Zaraz wracam. Zaczekaj tu.
  - Dziękuję - powiedział cicho Damian, zmartwiony krążąc po twarzach ludzi dookoła.
   Strażnik odszedł. Gdy upewniliśmy się, że już nie może nas usłyszeć, Damian podszedł do mnie uradowany i dumnie wyprostowany.
  - To było genialne! - wykrzyknęłam rozbawiona przybijając mu piątkę.
  - Teraz mamy chwilę - powiedział - Idziemy.
   Odsunęliśmy zasłonę, na której widniał napis "Nieupoważnionym wstęp wzbroniony" i weszliśmy zza kulisy. Dookoła biegało pełno podenerwowanych ludzi, nie którzy w maskach, makijażach, kolorowych strojach, inni bez nich. Wszyscy, wyglądali jakby bardzo im się spieszyło, byli poirytowani. Pewnie mają opóźnienie. W każdym razie taki chaos nam odpowiada i ułatwia zadanie. Może nikt nie zwróci na nas uwagi... do czasu.
  - Slade Wilson - powiedział Damian - Lepiej nikogo nie pytajmy. Sami go znajdziemy.
   Przeszliśmy przez całą garderobę, szturchani przez ludzi raz po raz. W końcu znaleźliśmy zasłonę, na której wyszyte było nazwisko Wilsona. Zatrzymaliśmy się.
  - Pukać nie będziemy, bo nie ma w co, a jak zawołamy i tak nas nikt nie usłyszy - Damian wzruszył ramionami, a ja odpowiedziałam mu uśmiechem, chociaż i tak nie dostrzegł go zza maski. Skinięciem głową. Mam nadzieję, że nikogo tam nie będzie. To także ułatwiło by nam pracę. Ale na ułatwienia nie ma co liczyć.
   Weszliśmy do garderoby i od razu stanęliśmy w miejscu. Patrzyłam przed siebie przerażona. Siwy, ale nie stary mężczyzna stał przy lustrze i szukał czegoś w dość dużej walizce pełnej najróżniejszych pistoletów.
   Zauważył nas i odwrócił się gwałtownie. Złapałam Damiana za rękę sparaliżowana strachem, a Slade, tak myślę, że to on, sięgnął do walizki i wyciągnął z niej jeden z pistoletów. Wyciągnął dłoń przed siebie, położył palec na spuście. Mierzył prosto w moją głowę. Nacisnął na spust i kula wystrzeliła w moją stronę.

piątek, 14 listopada 2014

NARODZINY LEGENDY ROZDZIAŁ 8

   Stałam razem z Kathy na płaskim dachu jednego z najwyższych budynków Gotham. Chłodny jesienny wiatr targał nam włosy. Patrzyłyśmy przed siebie na oświetlone, tętniące życiem miasto i ciemne niebo obsiane gwiazdami.
   Minęły już trzy tygodnie odkąd dołączyłam do Bat- rodziny. Każdy ten dzień miał taki sam schemat: trening, trening i jeszcze raz trening. Na początku ćwiczyłam średnio trzy godziny dziennie. Teraz trenuję już po sześć godzin, pod okiem najczęściej Bruce'a. Chociaż minęło zaledwie dwadzieścia jeden trzy, moja kondycja znacznie się polepszyła. Stałam się szybsza, silniejsza, zwinniejsza, wytrzymalsza i poprawiłam celność. Udało mi się nawet wygrać sparing ze Stephanie. Mam nadzieję, że mówiła prawdę, gdy przysięgała, że wcale nie udawała słabszej, bym to ja zwyciężyła.
   W każdym razie Kathy dostrzegła mój postęp. Pochwaliła mnie i stwierdziła, że czas nauczyć się czegoś nowego. Kazała założyć kostium Batgirl i zaprowadziła na drapacz chmur.
   Podziwiałam widok już drugą minutę, kiedy zorientowałam się, że mi się przygląda.
  - Co będziemy robić? - zaciekawiłam się - Dlaczego mnie tu zabrałaś?
  - Jestem zaskoczona, że jeszcze się nie domyśliłaś - odpowiedziała - W końcu bystra z ciebie dziewczyna.
   Poczułam, że się rumienię. Chcąc ukryć zmieszanie, spojrzałam w dół i zastanowiłam się. Byłyśmy z jakieś osiemdziesiąt pięter nad ziemią. Nagle uświadomiłam sobie jaki plan ma Kathy i natychmiast zrobiło mi się niedobrze. Przełknęłam głośno ślinę.
  - Będziemy skakać, tak? - domyśliłam się. Nie do końca chciałam uzyskać odpowiedź. Byłam przerażona.
  - Właściwie to latać - poprawiła mnie Kathy, po czym spojrzała na mnie zaniepokojona - Dobrze się czujesz? Jesteś bardzo blada.
Pokręciłam powoli głową. nadal patrząc na malutkich ludzi i malutkie samochodziki pode mną.
  - Ja nie skoczę... - powiedziałam cicho.
  - Przecież mówiłam, że będziemy latać - poirytowała się.
  - Jestem człowiekiem! - wykrzyknęłam roztrzęsiona - Nie umiem latać!
  - Przecież wiem - uspokoiła mnie Kathy - Dlatego kazałam ci ubrać kostium.
Popatrzyłam na nią zdziwiona, a ona wyciągnęła rękę i chwyciła moją pelerynę.
  - Ale... Jak to? - wydukałam.
  - Ktoś, kto produkował tę zbroję, wiedział co robi - uśmiechnęła się pod nosem - Wszystko sobie dokładnie przemyślał. Wytłumacz to sobie naukowo. Powietrze, drganie... Co miałaś z fizyki?
  - Sześć - odpowiedziałam.
  - Właśnie...
  - Uczyłam się dużo o grawitacji - powiedziałam szybko - Nie odważę się skoczyć.
Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę windy, którą wjechałyśmy tu przed kilkoma minutami.
   - Jest ciekawsza droga na dół! - krzyknęłam za mną Kathy.
   - Nie, dzięki - burknęłam nie patrząc na nią - Wolę coś bardziej sprawdzonego i bezpieczniejszego...
   - W takim razie pakuj się! - zawołała - Jeszcze dzisiaj odwozimy cię do wujka!
   Zatrzymałam się gwałtownie. Te słowa, były jak nóż prosto w serce. Nie wiem dlaczego, ale uraziły mnie. Nie chodzi o to, że nie lubię wujka Jamesa. Chodzi o to, że zdążyłam już przywyknąć, do wstawania o czwartej nad ranem, codziennych treningów i polubiłam członków Bat- rodziny. A teraz sama Batwoman, która jeszcze kilka godzin temu mnie chwaliła, mówi mi prosto w twarz, że się nie nadaję. Ma rację. Co to za bohaterka, co to za Batgirl. która boi się skoczyć z budynku? Boję się, na prawdę się boję, ale zrobię to. Tu i teraz.
   Podeszłam szybkim krokiem do wyraźnie zadowolonej i usatysfakcjonowanej Kathy.
  - Skoczę - zdecydowałam. Powiedziałam to głośno i pewnie, starając się, by głos mi nie drżał - Skoczę - powtórzyłam - Chcesz się założyć?
Pokręciła głową.
  - Wiem, że skoczysz - rzekła - Gdybyś nie skoczyła, zdziwiłoby mnie to.
   Znowu się speszyłam. Prawi mi tyle komplementów. Czy są szczere? Jeśli tak, to może faktycznie jest we mnie coś wyjątkowego...
   Ponownie spojrzałam w dół. Zakręciło mi się w głowie i poczułam ogromną ochotę do ucieczki, ale zmusiłam się, by zostać. Nie. Nie stchórzę. Za dużo razy w życiu stchórzyłam. Teraz jestem już kimś innym. Po za tym, mogę chyba zaufać Kathy.
  - Wiesz, że szatan Jezusa też tak kusił? - odezwałam się - Od początku wiedziałam, że ty jakaś opętana jesteś - odważyłam się zażartować, bo nie mogłam się odstresować.
Kathy zaśmiała się krótko.
  - Tobie do świętej też nie mało brakuje - odcięła się po czym spytała: - Skaczesz pierwsza? Będę mieć pewność, że nie zwiałaś.
Zastanowiłam się przez chwilę.
  - Jak skoczę druga, to może uda ci się mnie złapać, jeżeli coś pójdzie nie tak - stwierdziłam, chociaż wątpię, by udało jej się mnie w takiej sytuacji uratować.
  - To nie będzie konieczne. Nie będę zmuszona cię łapać - uśmiechnęła się do mnie - Jak chcesz. Mogę być pierwsza - uniosła wskazujący palec do góry - Ale ty skaczesz zaraz po mnie - przykazała.
Posłusznie skinęłam głową.
  - Ja ufam tobie, ty ufaj mi - powiedziałam.
  - To jak? Gotowa? - spytała, a ja ponownie przytaknęłam, chociaż prawdę powiedziawszy wcale nie byłam gotowa - To lecimy.
   Cofnęła się o kilka kroków, po czym zrobiła rozbieg i zeskoczyła z dachu. Nawet nie patrzyłam, co się z nią dzieje. Chciałam to mieć jak najszybciej za sobą.Wzięłam głęboki wdech, po czym raptownie otworzyłam oczy. Rozbiegłam się. Powtarzałam sobie w duchu, że nie zwolnię, nie zwolnię, nie zwolnię...
   Nie zwolniłam. Przeskoczyłam. I od razu tego pożałowałam.
   Przez jedną, krótką chwilę na prawdę spadałam. Krzyczałam i wymachiwałam chaotycznie rękoma na wszystkie strony. To było przerażające, krew zmroziło mi w żyłach, chociaż serce biło zdecydowanie za szybko. Wiedziałam, że za kilka sekund rozbiję się o twarde podłoże. Przez ułamek sekundy widziałam swoje zmasakrowane ciało na chodniku. P
   Przeleciałam z wrzaskiem obok szybującej w powietrzu, niczym latawiec, Kathy. Odruchowa wyciągnęła do mnie rękę, by mnie złapać, ale nie zdążyła.
   - Wyrównaj! - krzyknęła za mną.
   "Wyrównaj"? Co mam wyrównać...? Postawę! To przecież oczywiste, muszę lecieć bardziej pod skosem. Dlaczego dopiero teraz się zorientowałam?
   Na prawdę nie wiem, jak udało mi się to zrobić, ale zrobiłam to. Wyrównałam postawę, złapała równowagę i przestałam spadać. Leciałam. Ja na prawdę leciałam!
   Rozłożyłam szerzej ręce. Kathy zniżyła się i teraz leciała na równi ze mną.
  - Więcej szczęścia, niż rozumu - posumowała, zaprzeczając tym samym wcześniejszym pochwałą. Nie byłam wstanie odpowiedzieć. Wracałam do siebie, po tym co wydarzyło się przed chwilę, a jednocześnie skupiałam się na ty, co dzieje się teraz. Wolałabym nie powtarzać więcej czegoś takiego.
   Kiedy poczułam się trochę pewniej, doszło do mnie, co na prawdę się właśnie dzieje. Nie mogłam w to uwierzyć. Znów poczułam dreszcze, ale te były wyjątkowo przyjemne.
  Zbliżałyśmy się ku ziemi, ale nie spadałyśmy. Peleryna drgała, wiatr huczał mi w uszach. Chłodne, jesienne powietrze równie przyjemnie biło i szczypało mnie w twarz.
   Byłam szczęśliwa. Czułam się tak wspaniale... Podobnie jak wtedy, gdy jechałam z Timem do rezydencji Wayne' ów tamtej pamiętnej nocy, tylko że teraz było sto razy lepiej.
   Byłyśmy niczym ptaki, niczym nietoperze.
   Czułam się tak niesamowicie, że po chwili nie wytrzymałam i zaczęłam się głośno śmiać. Po kilku krótkich sekundach zaraziłam Kathy i teraz śmiała się razem ze mną.
  - Ty wiesz, że ludzie nas słyszą - odezwała się, ale nie brzmiała jakby ją to martwiło.
  - Jest cudownie! - wykrzyknęłam.
  - Wspaniale - dodała.
  - Jestem królową świata! - zawołałam najgłośniej jak mogłam, a Kathy wybuchnęła śmiechem.
  - Widzisz to? - wskazała na kolejny poziomy dach jakiegoś niskiego budynku - Tam lądujemy. Przygotuj się.
   Oczywiście, przewróciłam się przy lądowaniu, ale nawet gdybym nie miała na sobie zbroi, która ochroniła moje ciało, nie zwróciłabym na to uwagi. Natychmiast się podniosłam i w podskokach podbiegłam uradowana do Kathy, która wylądowała z taką grację, że na pewno latała już tak dziesiątki razy.
  - Batwoman, to było niesamowite! - zawołałam.
  - A ty nie chciałaś tego robić - rzekła dumnie - Widzisz, czasem warto ryzykować.
Skinęłam głową.
  - Dobrze powiedziane - przyznałam - U was ryzyko to chyba norma.
  - Dobrze powiedziane - powtórzyła - Swoją drogą, niezłego stracha mi napędziłaś. Zapomniałam ci powiedzieć o jednej ważnej rzeczy. Byłaś źle ustawiona, gdy skoczyłam. Dlatego spadłaś. Wydawało mi się, że powinnaś sama na to wpaść...
Uśmiechnęłam się do niej niewinnie.
  - Nie licz zawsze na mój rozum - przestrzegłam ją - W sytuacjach kryzysowych, rzadko kiedy myślę logicznie.
Kathy parsknęła pod nosem.
  - I nad tym właśnie trzeba popracować - powiedziała - Bo latać to ty już umiesz - zastanowiła się - Lądowanie musisz jeszcze poćwiczyć,  poza tym... - wyprostowała się - Jestem z ciebie dumna, dziewczyno.
   Uśmiechnęła się do mnie zadowolona, a ja odwzajemniłam uśmiech za pomocą miny Sardynki.
   Nagle usłyszałam coś podejrzanego. W tym samym momencie Kathy zaglądnęła mi przez ramię i natychmiast ściągnęła brwi.
  - Patrz - powiedziała i wskazała za mnie.
Odwróciłam się i spojrzałam we wskazanym kierunku.
   Dopiero teraz zorientowałam się, gdzie jesteśmy. Stałyśmy na dachu budynku, który kiedyś sąsiadował z moją kamienicą. Łzy napłynęły mi do oczu na widok ruin mojego starego domu, ale zauważyłam coś, co odwróciło moją uwagę od wspomnień.
   Przed nami, za pozostałościami kamienicy, dwójkę młodych ludzi, nastoletniego chłopaka i dziewczynę w podobnym wieku, otoczyła piątka starszych facetów ubranych w niechlujne kurtki. Chłopak, z zaniepokojeniom przyglądający się powoli przybliżającym się ludziom, objął przerażoną dziewczynę.
   Byliśmy poza główną ulicą. Prócz tamtych ludzi, mnie i Kathy, nikogo nie było w pobliżu.
   Jeden z mężczyzn wyjął nóż i poprawił go sobie w dłoni. Dziewczyna, w ramionach swojego chłopaka, zaczęła panikować.
  - Jesteśmy nisko. Teraz skaczesz, nie lecisz - powiedziała szybko Kathy - Tylko bądź cicho.
    Budynek był jednopoziomowy, a na dodatek lekko wkopany w ziemię, więc udało mi się nie skręcić kostki, po tym jak zeskoczyłam zaraz za Kathy. Ruszyłam biegiem bezszelestnie w kierunku nastolatków i grążącemu im niebezpieczeństwu.
    Razem z Kathy, skryłyśmy się za fragmentem ściany dawnej kamienicy i wychyliłyśmy głowy. Byłyśmy teraz wystarczająco blisko, by usłyszeć o czym mówią i niespodziewanie zaatakować.
  - Czego chcecie? - odezwał się chłopak drżącym, ale pewnym głosem. Cały czas osłaniał ciałem swoją towarzyszkę.
  - Dawaj forsę, chłoptasiu - odpowiedział jeden z bandziorów - Albo inaczej zranimy tę twoją piękną buźkę.
  - Nie mamy przy sobie pieniędzy - pisnęła dziewczyna wyłaniając się za pleców chłopaka
Zbiry zaśmiały się cicho.
  - Jasne... - odezwał się inny - Ostatni raz grzecznie prosimy... To jak będzie?
Nastolatki popatrzeli przerażeni, myśląc gorączkowo po roześmianych, paskudnych twarzach mężczyzn. Chyba na prawdę nie mieli nic przy sobie. Byli bezbronni.
  - Mamy tylko telefony... - zaczął chłopak.
   W tym momencie jeden z mężczyzn uniósł nóż do góry. Nie zdążył jednak wbić go w ciało chłopaka. Kathy wybiła mu go z ręki, przeleciał parę metrów w powietrzu, po czym wbił się ostrzem w ziemię.
   Jak Kathy się tam tak szybko znalazła? Jeszcze przed chwilą stała za mną. Odruchowo zajrzałam za ramię.
  - Co jest...?  - zdziwił się facet, ale zanim zdążył dopowiedzieć, Kathy uderzyła go pięścią w czaszkę, tak mocno, że natychmiast pozbawiła go przytomności.
   Drugi mężczyzn podbiegł do niej od tyłu i już miał ukręcić jej kark, kiedy zdecydowałam się dołączyć. Dosłownie w ostatniej chwili wyciągnęłam zza pasa dość duży złoty batarang i wycelowałam go prosto w stronę jego stronę.
   Poszybował w powietrzu i trafił centralnie w oko mężczyzny. Ryknął przeraźliwie, od razu instynktownie wyrwał broń i cisnął nią w bok. Skrył twarz w dłoniach i zwinął się z bólu, nadal krzycząc. Stałam osłupiona patrząc z przerażeniem na to, co zrobiłam. Co to było? Właśnie wbiłam gościowi batarang w oko! Wcale nie byłam z tego dumna, wręcz przeciwnie. Jak tak można? To było okropne, paskudne.
   Wiem, że to zły człowiek, ale czy na prawdę na to zasługiwał?
  - Batgirl, uważaj! - z otępienia wyrwał mnie krzyk Kathy.
   Odwróciłam się gwałtownie i złapałam za nadgarstki faceta stojącego za mną. Obróciłam go w kołu dwa razy, nabierając rozpędu i siły, a następnie pchnęłam na innego łotra, który już do mnie podbiegał. Obaj przewrócili się na ziemię.
  - Uciekajcie! - zawołałam do sparaliżowanych strachem, obejmujących się nastolatków. Zero reakcji - Nie słyszeliście?! Uciekajcie!
   Dopiero wtedy wstali i odbiegli, nie odwracając się w stronę ulicy.
   Kathy była w trakcie walki. Zauważyłam, że za jej plecami przybliża się ten, którego trafiłam w oko. Wyciągnął z kieszeni drżącą ręką pistolet i wymierzył go w tył głowy Kathy. Nerwowo rozejrzałam się wokoło, szukając czegoś przydatnego, czym mogłabym uratować Kathy. Podobnie było tamtej nocy, gdy klęczałam przy umierającym ojcu, a mama rozlewała po sypialni benzynę. Wtedy dostrzegłam tę szczególną latarkę. Teraz także odnalazłam coś, czym mogłam obronić Kathy.
   Podniosłam nieduży kawałek gruzu z ziemi i bez zastanowienia cisnęłam nim w głowę mężczyzny. Krzyknął krótko i upadł na ziemię nieprzytomny. W tej samej chwili Kathy załatwiła ostatniego już łotra.
   Stałam próbując wyrównać oddech. Patrzyłam z niedowierzaniem na piątkę nieprzytomnych mężczyzn. Byli ode mnie o wiele starsi, więksi i silniejsi, ale to ja trójkę z nich położyłam na łopatki.
  - Trzeba ich związać i wezwać policję - poinformowała mnie Kathy, podchodząc. W ręce trzymała gruby sznur.
  - Nic się im nie stało? - zaniepokoiłam się.
  - Są tylko nieprzytomni, ale wezwiemy też pogotowie, bo widzę, że cię trochę poniosło - odpowiedziała, a ja poczułam wyrzuty sumienia. Mam nadzieję, że nikomu nie zrobiłam jakieś poważniejszej krzywdy.
  - Nie chciałam... - wymamrotałam.
Kathy odwróciła się do mnie przodem i uśmiechnęła się.
  - Niezła robota - powiedziała - Może faktycznie coś z ciebie będzie.

poniedziałek, 10 listopada 2014

NARODZINY LEGENDY ROZDZIAŁ 7

Około czwartej nad ranem, czyli jakieś dwie godziny po tym jak w końcu udało mi się zasnąć, ktoś wpadł do mojego pokoju i wcale nie starał się być cicho.Stephanie wyciągnęła mnie z łóżka i kazała szybko się umyć i przebrać. Nadal rozespana, wypełniłam jej polecenia, po czym zjechałyśmy razem do Bat- jaskini.
  - Zawsze będziemy tak wcześnie wstawać? - ziewnęłam, gdy wyszłyśmy z windy.
  - Musisz się liczyć z tym, że ja i Tim chodzimy do szkoły - powiedziała Stephanie - Musimy mieć rano trening. Niestety, ale musisz się dostosować.
   Przeciągnęłam się i stanęłyśmy przed Brucem , który stał już przygotowany do tego, by dać nam wycisk. Popatrzył po nas.
  - Nie będziemy czekać na Tima. Szkoda czasu - stwierdził - Na początek piętnaście okrążeń na około Jaskini.
   Spodziewałam się tego. Bez narzekania ruszyłam biegiem za Stephanie. Na początku było dobrze, jednak Jaskinia jest ogromna, a piętnaście okrążeń to całkiem sporo. Zwłaszcza, że moja kondycja pozostawiała wiele do życzenia. W związku z tym, gdy Stephanie już skończyła mi pozostały jeszcze prawie cztery kółka. Na sam koniec, kiedy już ledwo mogłam oddychać, Bruce dodał mi jeszcze jedno okrążenie. W milczeniu przyjęłam wyzwanie. Naprawdę nie wiem jak to możliwe, że się nie przewróciłam.
  - Wyglądasz jak burak - podsumowała Stephanie.
Spiorunowałam ją gniewnym spojrzeniem, chcąc wyrównać oddech, a ona natychmiast zamilkła.
  - Dobrze, teraz pięćdziesiąt pompek, potem pięćdziesiąt przysiadów, a następnie pięćdziesiąt brzuszków - zarządził Bruce.
   Pomyślałam, że jeśli to zrobię, umrę. Opadłam na materac i zrobiłam trzy pierwsze męskie pompki, ale wtedy Bruce mnie zatrzymał.
  - Coś nie tak? - podniosłam głowę, zastanawiając się gdzie, w tak prostej czynności mogłam popełnić błąd.
  - Bez przesady - uśmiechnął się do mnie - Nie chcę, żebyś padła na samym starcie. Możesz przecież chwilę odpocząć - powiedział, po czym dodał: - Wyglądasz jak burak.
   Stephanie parsknęła śmiechem, a ja stwierdziłam, że nie mam się na co gniewać i zaczęłam śmiać się razem z nią.
   Gdy kończyłam już przysiady, zadzwonił telefon. Bruce odebrał, a mina od razu mu zrzedła.
  - Coś się stało? - zaniepokoiła się Stephanie.
  - Kathy ma jakiś problem - westchnął - Muszę iść na górę. Nie wiem ile to zajmie. Stephanie poprowadzisz trening, zgoda?
  - W porządku - przytaknęła.
    Bruce podszedł do windy i nacisnął przycisk. Drzwi i się otworzyły i ze środka wyszedł Tim. W samą porę, już zaczęłam się martwić, że wczorajsza wpadka okazała się poważniejsza, niż myśleliśmy. Ale on wyglądał na uradowanego i zdrowego. Uśmiechnął się przepraszająco do Bruce'a, który jednak zdecydował się przemilczeć i zignorować jego spóźnienie.
  - Hej! - przywitał go Stephanie rozciągając się - Jednak postanowiłeś się pokazać.
  - Nie mogłem się obudzić - wytłumaczył podchodząc do nas.
Stephanie uśmiechnęła się promiennie, po czym zwróciła się do mnie.
  - Umiesz robić gwiazdę? - spytała,
  - Nie - przyznałam.
  - To nauczę cię dzisiaj gwiazdy, a później robić o takie coś...
   Rzuciła się niespodziewanie w tył, wyginając się przy tym w dół. Odbiła się rękoma od materacu, robiąc salto i z powrotem stanęła na nogach, rozkładając ramiona, by złapać równowagę.
  - Trochę to potrwa, zanim się tego nauczę - powiedziałam z po wątpieniem.
  - To się często z przydaje w trakcie walki - kontynuowała - Jeżeli ktoś cię pchnie, to robisz o tak. Pół sekundy i dalej możesz walczyć.
  - Można złamać rękę - stwierdziłam.
Stephanie wzruszyła ramionami
   - Jak się źle zrobi, to można - powiedziała - Ja nawet tak złamałam. Pamiętasz, jak mówiłam ci, że wypadek miałam na rowerze?
  - Aha...
  - No właśnie - uśmiechnęła się szeroko - Ale w ten sposób ochraniasz głowę.
  - Jeśli Barbara jest tą, co popycha, to bez względu na twoje umiejętności, masz wstrząs mózgu gwarantowany - wtrącił Tim.
Uśmiechnęłam się do niego niewinnie.
  - Właśnie, jak twoja głowa? - spytałam.
  - Boli, ale już mniej - powiedział, ale nie wyglądał na obrażonego - Nabiłaś mi guza.
  - Przepraszam - powiedziałam cicho.
Stephanie popatrzyła po nas.
  - Ja nie wiem, co wyście w nocy robili, ale okej - odezwała się - Barbra, robimy tę gwiazdę?
   Do końca treningu uczyłam się robić gwiazdę. Ku mojemu zdziwieniu, udało mi się to. Na to odbicie rękoma niestety nie starczyło już czasu; Stephanie i Tim musieli zacząć zbierać się do szkoły. W trakcie kiedy ja raz po raz przewracała się po materacu, dołączył do nas Damian. Prawie w ogóle się nie odzywał, urządził sobie sparing z Timem. Byłam pod wrażeniem umiejętności ich obu, ale Stephanie nie pozwoliła mi oglądać tej walki.
   Po skończonym treningu, poszłam do swojej sypialni odespać noc. Gdy wstałam po dwóch godzinach, poszłam obejrzeć z Alfredem "Niewolnicę Izaurę". Później zrobiłam surówkę do obiadu, plotkując z Alfredem o tym, co wydarzyło się dzisiaj w serialu.
   Było około dwunastej przedpołudniem, a ja siedziałam w swoim pokoju przed komputerem. Byłam zanudzona na śmierć. Obracałam się beznamiętnie na krześle, aż w końcu wstałam. Zjechałam windą do Jaskini, gdzie odnalazłam Damiana.
   Chyba w ogóle z stąd nie wychodził, bo nie widziałam go na śniadaniu. Chociaż w zasadzie nie rozmawiałam wcześniej z tym chłopakiem, wydawał mi się dziwny. Ciągle obrażony, nic nie mówi. Jak mam mieszkać z kimś pod jednym dachem i w ogóle z nim nie rozmawiać? Wygląda na to, że chyba ja będę musiała pierwsza się przedstawić. Mam nadzieję, że mnie nie ugryzie,..
   Teraz podnosił ciężary i, co mnie speszyło, był bez koszulki. Mimowolnie spojrzałam na jego nie byle jak umięśnioną klatkę piersiową. I aż mnie wbiło w podłogę. Czy to normalna reakcja większości dziewczyn, czy tylko moja? Damian dostrzegł mnie, więc szybko odwróciłam wzrok. Teraz nie mam wyboru, muszę zagadać.
  - Hej! - przywitałam się uśmiechając się nie śmiało.
  - Cześć - co mnie zdziwiło, też się uśmiechnął. Wstał i odłożył ciężary. Podeszłam do niego - Przyszłaś poćwiczyć?
  - Tak - skinęłam głową - Nie wiedziałam, że cię tu spotkam. Chyba nie będę ci przeszkadzać, prawda?
  - Nie - powiedział, ale nie zabrzmiał przekonująco.
Podenerwowałam się, zupełnie nie wiedząc dlaczego. Nie chcę nikomu robić problemu, a zwłaszcza Damianowi.
  - Albo wiesz, przyjdę potem. Coś mi się przypomniało - powiedziałam szybko odwracając się z powrotem w stronę drzwi.
Damian najwyraźniej zauważył, o co mi chodzi.
  - Czekaj! - złapał mnie za nadgarstek - Przecież powiedziałem, że nie będziesz mi przeszkadzać. W zasadzie... Możemy poćwiczyć razem...
Otworzyłam szeroko oczy.
  - Myślałam, że raczej nie przepadasz za towarzystwem - powiedziałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język. Co ja sobie myślałam?! To było wredne, nawet jak na mnie. Damian smutno pokiwał głową, tak jakby zgadzał się z moimi słowami - Przepraszam - powiedziałam szybko - Nie o to mi chodziło, naprawdę. Ja już nie wiem, co mówię. To było głupie...
  - W porządku - uspokoił mnie Damian - Ludzie za takiego mnie mają, zanim jeszcze mnie poznają. Chyba mają rację.
   To stwierdzenie tylko mnie dobiło i sprawiło, że zaczęły mnie gryźć wyrzuty sumienia. Nie powiedział tego, by się nad sobą użalać, powiedział to dlatego, by mi zrobiło się głupio. Postanowiłam przepraszać wszystkich naokoło. To obcy ludzie, a ja albo śmieję się przy nich jak idiotka, albo nabijam im guzy, albo ich obrażam.
Odchrząknęłam.
  - Tak właściwie - zaczęłam - Nie miałam jeszcze okazji ci podziękować. Gdyby nie ty, zginęłabym w tym pożarze.
  - Z tego co wiem, jeszcze wczoraj chciałaś, aby tak właśnie się stało - rzekł Damian.
Ściągnęłam brwi niezadowolona.
  - Tim ci mówił? - zapytałam.
  - Wszystkim powiedział -wzruszył ramionami.
   Nie ukrywam, że poczułam się trochę urażona. Nie wiem dlaczego, ale zawiodłam się na Timie. To głupie. Przecież nawet go nie znam. A jednak wczoraj obdarzyłam go dużym zaufaniem i sympatią. Nie jestem pewna, czy sobie na to zasłużył. Poza tym, mam przykre wrażenie, że Damian chce się na mnie zemścić za tamto stwierdzenie. Mówiąc w ten sposób, w pewnym sensie manipuluje mną.
  - To było powiedziane pod wpływem emocji - próbowałam się wytłumaczyć. Byłam zła. Każdy na moim miejscu, w tamtej chwili, powiedziałby to samo - Teraz już tak nie myślę. I dziękuję ci. Uratowałeś mi życie.
   Spojrzał na mnie i uśmiechnął się przelotnie, a w jego oczach na krótką chwilę zagościły ciepło i radość.
  - To co? - odezwał się po kilku sekundach milczenia - Ćwiczysz ze mną, czy sama?
Zrobiłam minę, dzięki której zyskałam przezwisko: Sardynka.
  - Z tobą? - spytałam, a on skinął głową - Widziałam rano jak walczyłeś z Timem. Byłeś super - pochwaliłam go szczerze.
  - Chyba jeszcze nie widziałaś Jasona w akcji - odpowiedział Damian - On to dopiero wymiata... Ale dzięki. Chcesz to mogę pokazać ci jakieś chwyty.
  - Okej - zgodziłam się, uradowana, że ze mną rozmawia.
  - W ogóle to twoja gwiazda, też była spoko - powiedział, a ja parsknęłam śmiechem. Wszyscy wiedzą, że moje gwiazdy były żałosne.
   Wodospad huczał, rzeka szumiałam a nad nami latały popiskujące nietoperze. Trenowaliśmy prawie trzy godziny. Damian okazał się świetnym nauczycielem, ale nie tylko. Chyba za szybko go oceniłam i przekreśliłam. W końcu to dla mnie typowe. Naprawdę super bawiłam się z tym chłopakiem mimo, że dla niego najważniejszy był trening, a nie wygłupy. Nauczył mnie podstaw sztuk walki. Poruszałam się niezgrabnie i niepewnie, ale on zrozumiał, że to mój pierwszy raz. Trochę głupio się czułam, gdy poprawiał moją postawę, kładąc dłonie na moich ramionach, biodrach, łokciach i kolanach. Ciągnął, przestawiał. Wiem, że chciał mi tylko pokazać co, źle robię i to skorygować, ale ja nie jestem przyzwyczajona to tak bliskiego kontaktu fizycznego i jestem za mało pewna siebie. Dlatego, gdy mnie dotykał i delikatnie pociągał w tył, wyrównując moją postawę, czerwieniłam się speszona.
   Reszta dnia spędziłam na nauczaniu matematyki Stephanie i wieczornym treningu.
   Następnego dnia popołudniu, Bruce wezwał mnie do Jaskini. Gdy przyszłam zastałam tam jego, a także Jasona.
 - Trening? - domyśliłam się podchodząc do nich.
 - To nie to - powiedział Bruce, a ja się zaniepokoiłam.
 - Stało się coś złego? - spytałam. Ostatnio dzieją się same złe rzeczy.
Bruce uśmiechnął się do mnie.
  - Wręcz przeciwnie - rzekł - Mamy dla ciebie niespodziankę.
  - Niespodziankę? - powtórzyłam z niedowierzaniem - Dla mnie? - Co to może być?
   Poszłam zaintrygowana za nimi i stanęliśmy przed czymś, co przypominało przeźroczyste szafy. W sześciu nie dużych okrągłych komorach prezentowały się kostiumy Bat- rodziny: Batmana, Batwoman. trzech Robinów i jednej Rabin. W siódmej kapsule widniał strój, który widziałam pierwszy raz w życiu.
   Otworzyłam szeroko oczy. Był cały czarny. Tylko nietoperz na piersi, wewnętrzna cześć peleryny i pas, były żółte. Getry, długi rękaw, rękawice, zgrabne buty na płaskiej podeszwie. I maska przypominająca kształtem głowę nietoperza. Nie mogłam się napatrzeć.
  - Czy to jest dla mnie? - wyszeptałam upewniając się na wszelki wypadek.
Jason skinął głową zadowolony.
  - Najpierw obstawialiśmy dla ciebie drugą Rabin, ja proponowałem Sardynkę, ale ostatecznie zgodziliśmy się, że Batgirl będzie najlepsza.
  - Batgirl... - powtórzyłam półgłosem.
  - Chcesz przymierzyć? - zapytał Bruce.
Kiwnęłam głową. Nacisnął przycisk i drzwi się rozsunęły. Podał mi kostium.
  Zamknęłam się w łazience i założyłam go. Chociaż, gdy go zobaczyłam, wydawał mi się niewygodny, to czułam się w nim komfortowo i pewnie. Łatwo i szybko się zakładał. Nałożyłam na twarz maskę. Ochraniała całą czaszkę. To właściwie hełm, nie maska. Z tyłu miała otwór, przez który mogłam przełożyć włosy. Dzięki temu, nie będę musiała się bawić w ich spinanie, by mi nie przeszkadzały. Nos i szczękę, także miałam ubezpieczone. Spojrzałam do lustra i wstrzymałam oddech ze zdumienia. Teraz nawet własna matka, by mnie nie poznała. I o to właśnie chodzi.
  Wyszłam i pokazałam się Buce'owi i Jasonowi.
 - Wow - zdumiał się Jason - Wyglądasz super!
 - Dzięki - ucieszyłam się i zarumieniłam.
 - Jak ci się podoba? - spytał Bruce.
 - Jest genialna. Pasuje jak ulał - powiedziałam i wówczas coś sobie uświadomiłam - Mój rozmiar. Z skąd wy...?
 - Niedawno miałaś urodziny, prawda? - przerwał mi Jason - Stephanie kupiła ci sukienkę. Zna twój rozmiar i nam powiedziała. Chcieliśmy, żeby to była jak największa niespodzianka.
  - Jest olbrzymia. Dziękuję.
  - Poczekaj tylko, jak się dowiesz jakie ma funkcje - uśmiechnął się Jason - I przejrzysz co masz w pasie.
  - Za chwilę to zrobię - zapewniłam go - Ale... Czy nie za wcześnie?
  - Za wcześnie? - zdziwił się Bruce - Na co?
  - Nie za wcześnie na kostium? - rozłożyłam ręce - Dopiero co zaczęłam się szkolić...
  - Nikt nie powiedział, że od razu masz ruszać do akcji - Bruce wszedł mi w słowo - A jakby co, zbroje już masz - dodał uradowany - Batgirl.
Uśmiechnęłam się promiennie i skinęłam głową.
   Jason miał rację. Miałam w pasie wszystko, co mogłam tak mieć. Najróżniejsze super- sprzęty, których nazw większości nie znałam. Trochę mnie to przerażało. Muszę nauczyć się szybko wyciągać, to czego akurat potrzebuję. Ale na to przyjdzie jeszcze czas.
   Na razie przyszedł czas na kolację. Byłam okrutnie głodna, więc z rozkoszą zasiadłam do stołu i wbiłam zęby w przepysznego kotleta, przygotowanego przez Alfreda. Przyjemnie nam się rozmawiało, aż do czasu, gdy zauważyliśmy, jasnego, dużego nietoperza widniejącego na czarnym, nocnym niebie.
   Byłam zaskoczona tym, w jak krótkim czasie Bat- rodzina się zorganizowała. Prócz oczywiście mnie i Alfreda, w domu został jeszcze Damian i Tim, na wypadek, gdyby ktoś gdzie indziej potrzebował pomocy w innym miejscu. Pozostali w mgnieniu oka się zebrali i opuścili rezydencję, spiesząc na ratunek.
   Zastanawiałam się, z skąd dowiadują się, że Gotham potrzebuje pomocy, gdy nie widzą nietoperza? Z skąd wiedzą, kiedy wystarczy, że pójdzie jeden z nich, kiedy dwoje, a kiedy cała ekipa? Stwierdziłam jednak, że dowiem się tego w swoim czasie. Zanim poznam, jak tutaj wszystko funkcjonuje może minąć wiele tygodni, a może nawet miesięcy. To dopiero początek. Moja przygoda dopiero się zaczyna.

piątek, 7 listopada 2014

NARODZINY LEGENDY ROZDZIAŁ 6

   Bruce prowadził mnie w milczeniu korytarzami swojego domu. Szłam za nim, nic nie mówiąc i próbując zapamiętać drogę, chociaż nie wiedziałam, gdzie idziemy.Zatrzymaliśmy się przed windą i Bruce nacisnął zieloną strzałkę, przywołując ją.
  - Tak czułam, że w tym domu jeszcze czegoś brakuje - odezwałam się - Windy. Teraz już jest wszystko.
   Bruce uśmiechnął się pod nosem. W tym momencie usłyszeliśmy ciche piknięcie i przed nami otworzyły się drzwi. Bruce przepuścił mnie przodem i weszliśmy do środka. Na trzech ścianach wisiały lustra, podłoga była pokryta białymi kafelkami, a w kącie stał sztuczny różowy kwiat. Winda była wielkości, mniej więcej mojego starego pokoju.
   Bruce wyciągnął z kieszeni kartę i przejechał nią po otworze w ścianie. Mała lampka, nad wypisanymi numerami pięter zapaliła się na zielono. Ściągnęłam brwi, ale dalej milczałam. Ruszyliśmy w dół.
  - Wszystko, co już wiesz i wszystko, czego się dowiesz należąc do nas jest, pamiętaj, ściśle tajne - powiedział Bruce nie patrząc na mnie - Tylko członkowie tego domu wiedzą, kim jesteśmy. I twój wujek. Do tej pory, nie mieliśmy nie sympatycznych sytuacji.
Kiwnęłam głową.
  -  Nie wygadam się - zapewniłam - Nie zdradzę was.
  - Ludziom już nie wierzy się na słowo, a samo słowo ludzi już nie przeraża - odrzekł Bruce - Nie mamy pewności, że nie jesteś szpiegiem...
  - Nie jestem jak mama - przerwałam mu.
Niepewnie przytaknął.
   Rozumiem, że nie jest do mnie przekonany. W takich okolicznościach to słuszne i zupełnie normalne.
  - Zaufaliśmy ci, Barbaro - powiedział - Nie zawiedź nas.
  On ma rację. Ta rozmowa to tylko puste słowa, ale ja nie mam złych zamiarów. Co jak co, ale potrafię dochować tajemnicy.
  - Nie zawiodę - obiecałam, chociaż wiedziałam, że na pewno go nie przekonałam.
   Zatrzymaliśmy się i drzwi się otworzyły. Moim oczom ukazał się nie typowy, zapierający dech w piersiach widok.
   Przed nami piętrzył się wysoki na ponad dwadzieścia metrów, podziemny wodospad. Woda huczała mi w uszach. Zarówno nad nim, jak i nad rzeką, do której wpadała woda, unosiła się para. Rosły tu nieliczne, nieduże rośliny. Poza nimi, wodospadem i rzeką, w moim polu widzenia znajdowały się biurka, wszelkie komputery, większe, mniejsze, setki szafek z najróżniejszymi przedmiotami, których większości nazw albo nie pamiętałam, albo w ogóle nie znałam, półki z tysiącami książek, dziwnie kapsuły, materace i mnóstwo różnorakich przedmiotów do ćwiczeń, treningów. W szeregu, ustawianych było chyba z piętnaście lśniąco czarnych czołgów, bat- mobili. Oczywiście, było tu również nie brak takich motorów, na jakich Tim przywiózł mnie wczoraj do rezydencji Wayne' ów. Mimo, iż byliśmy głęboko pod ziemią, było jasno. Wielkie lampy oświetlały teren, bo pomieszczeniem to ja tego chyba nazwać nie mogę. Niezwykły klimat uzupełniały latające wysoko nad głowami, popiskujące nietoperze.
   Pełna podziwu powoli wyszłam z windy.
  - Jej, to chyba jakaś wasza baza, czy coś...? - powiedziałam cicho patrząc zdumiona na Bruce'a.
Skinął głową.
  - Witaj w Bat- jaskini - powiedział rozkładając ręce i obdarowując mnie uśmiechem.
   Odwzajemniłam uśmiech i znów się odwróciłam, rozglądając się wokoło.Pokręciłam głową z niedowierzaniem.
  - Panie Wayne, to jest... niesamowite - stwierdziłam po dłuższej chwili.
  - Dobrze, że ci się podoba - odpowiedział - Bo od jutra będziesz tu spędzać dużo czasu.
  - Już jutro rozpoczynam trening - zdziwiłam się.
  - A dlaczego by nie? - wzruszył ramionami - Chyba, że potrzebujesz jeszcze trochę czasu, by odpocząć...
  - Nie, nie potrzebuję - przerwałam mu zaprzeczając szybko. Spuściłam nisko głowę uśmiechając się nieśmiało - Musi się pan przygotować. Nie jestem specjalnie wysportowana...
  - Nikt, kto tu przyszedł, z początku nie był orłem - zastanowił się chwilę - Chociaż Stephanie była całkiem nie zła.
Podniosłam pocieszona wzrok.
  - Będę czuć się zaszczycona trenując pod okiem samego Batmana - powiedziałam.
  - Łatwo nie będzie - usłyszałam za nim.
   Wychyliłam się i zaglądnęłam mu przez ramię. Stephanie uśmiechała się do mnie promiennie. Razem z Jasonem, wyszli z windy i stanęli obok nas.
  - Znowu trening? - zdziwiłam się.
  - Tylko Jason - poinformowała mnie Stephanie - Ja przyszłam po co innego. Książki tutaj wczoraj zostawiłam.
  - Jedziesz do szkoły?
Zabrała trzy podręczniki z biurka i z powrotem weszła do windy.
  - Ja jestem żywa - wzruszyła ramionami odwracając się do nas przodem - Żegnajcie! - zawołała dramatycznie, a drzwi się zamknęły.
Bruce spojrzał na mnie i Jasona.
  - Muszę iść - oznajmił - Mam sporo pracy.
  - A ja co mam robić? - zapytałam.
  - Co chcesz - odpowiedział - To teraz także twój dom.
   Mój dom. To nie do uwierzenia. Przecież ja umiem przemieszczać się zaledwie po jednej piątej tego pałacu.
  - Mogę cię oprowadzić, jeżeli chcesz - zaproponował Jason. Zaczynam wierzyć, że ten chłopak na prawdę posiada dar czytania ludziom w myślach.
  - Daj spokój - machnął ręką lekko rozbawiony - Trening nie zając, nie ucieknie. Idziemy?
Skinęłam głową rozradowana.
  - Super, no więc to jest Bat- jaskinia - powiedział rozkładając dumnie ręce i obracając się wokoło - To najdziwniejsze miejsce, jakie znajdziesz w tym domu, więc to dobry pomysł, by zacząć właśnie od niego. Tu trenujemy, przeprowadzamy śledztwa, przetrzymujemy różne dowody, materiały śledcze. Ogólnie to miejsce, jest związane z naszym Bat- życiem!
   Mówił to tak głośno i zabawnie, że nie mogłam się powstrzymać i parsknęłam śmiechem. On zgodnie z moimi podejrzeniami, tylko się uśmiechał. On się nigdy ni śmieje, zawsze uśmiecha.
  - Bruce już mi ją pokazywał... - urwałam patrząc zaniepokojona na Bruce'a - Znaczy się, pan Wayne - poprawiłam się szybko. To, że nazywam go po imieniu w myślach, nie oznacza, że mogę tak do niego mówić.
Ale on tylko się uśmiechnął i poklepał mnie po ramieniu.
  - Mów mi po imieniu - powiedział, a ja obdarzyłam go szerokim uśmiechem, pokazując wszystkie zęby.
   Musiałam dziwnie wyglądać, bo Bruce, aż zaśmiał się krótko. Jason oczywiście nie. Spojrzał na mnie sympatycznymi, ciepłymi, brązowymi oczami i z powrotem przywołał windę.
  - Możemy iść, Sardynko? - zapytał.
  - "Sardynko"? - powtórzyłam.
Teraz on pokazał mi zęby.
  - Wyglądałaś trochę jak sardynka z tą miną - wyjaśnił.
   Przez chwilę trawiłam jego słowa, a potem wybuchnęłam śmiechem, zwijając się w pół. Jason podszedł i wziął mnie pod ramię.
  - To ja ją może zabiorę - zwrócił się do Bruce'a, a ten kiwnął głową.
  - Dobry pomysł - przyznał wciąż się ciesząc.
   Jason zaciągnął mnie do windy. Gdy ruszyła uspokoiłam się i spoważniałam.
  - Przepraszam - powiedziałam niewinnym głosem i wyprostowałam się - Mam głupawkę...
  - Nie masz za co mnie przepraszać - odrzekł Jason - Dobrze, że wrócił ci humor - spuścił głowę i uśmiechnął się ledwo widocznie - Sardynko... - dodał, a ja ponownie zaczęłam się śmiać.
   Zaczęły mnie jednak gryźć wyrzuty sumienia. Jason mówi, że to dobrze, że się cieszę, ale czy nie powinnam raczej płakać? Nie minęło dwadzieścia cztery godziny odkąd zmarł tata. Już nie wiem, co jest słuszne, a co nie...
   Jason, który na prawdę czyta ludzie myśli, rozpoznał moje. Położył dłoń na moim ramieniu, a ja poczułam, że znowu się rumienię.
   - Życie toczy się dalej, Barbaro - powiedział - Nawet jeśli będzie wyglądać całkowicie inaczej niż wcześniej. Przeżyłaś, dostałaś drugą szansę od losu, nie zmarnuj jej. Jest ciężko i będzie ciężko, ale nie poddawaj się. Wiem, jak się czujesz... Jeżeli chcesz wiedzieć, jesteś na dobrej drodze.
   Podniosłam głowę i uśmiechnęłam się wdzięcznie do jego odbicia w lustrze. Nie znam Jasona, ale już wiem, że na pewno go polubię. Kogoś takiego, jak on, rzadko się spotyka.
  - Dziękuję - powiedziałam cicho. Czułam potrzebę, by powiedzieć coś więcej, ale nie wiedziałam co, więc postanowiłam milczeć.
   Skinął głową. On ma tak niesamowicie łagodny i ciepły uśmiech, że przed oczami natychmiast staje mi twarz ojca.
   Jason oprowadził mnie po całym domu, z entuzjazmem opowiadając o każdym pomieszczeniu. Ku mojemu zdziwieniu, okazało się, że mimo tego iż jest poważny i, wydaje mi się, bardzo dojrzały, jest niezwykle rozmowny. Może nie ta wygadany, jak Stephanie, ale z pewnością bardziej niż Damian. I chyba nawet bardziej niż ja.
   Po jakiś czterdziestu minutach, poszedł na trening, a ja zamknęłam się w pokoju, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Nie mogłam jednak długo tak wysiedzieć. Wcześniej samotność mi nie dokuczała, wręcz przeciwnie. Ale tak świeżo po tragedii, jest bardzo dokuczliwa. Zaraz zaczęły gryźć mnie wyrzuty sumienia, że przecież mogłam coś zrobić, że to nie musiało się tak skończyć. Natychmiast wzruszyłam się i łzy naszły mi do oczu na wypomnienie taty, który mówi mi, chwilę przed śmiercią, że mnie kocha i na wspomnienie mamy, która mówi mi, chwilę przed ucieczką, że mnie nienawidzi.
   Wstałam gwałtownie, chcąc odrzucić od siebie wszystkie te przykre myśli. Ale to jest prawda. Jest bolesna, ale ja nie mogę jej odrzucić. Pozostaje mi jedynie zaakceptować ją.
   Do kogo mogłabym pójść, żeby się nie nudzić i nie czuć się, aż tak samotna? Stephanie i Tim są w szkole, Jason i Damian na treningu, Bruce jest zajęty, a Kathy w pracy (jest dyrektorem banku Gotham). Pozostaje mi Alfred.
   Zeszłam po schodach, ale nie znalazłam go w kuchni. Chodziłam więc po pustym, cichym domu, aż w końcu go odnalazłam. Nie był w tracie pracy. W sumie, co miał robić Dookoła panował idealny porządek.
   Alfred siedział w jednym z licznych tutaj salonów na kanapie i oglądał telewizję.
  - Co oglądasz? - zapytałam podchodząc do niego od tyłu.
Alfred odwrócił do mnie głowę. Na mój widok wstał.
  - Potrzebujesz czegoś? - spytał.
  - Nie, nie - zaśmiałam się, zastanawiając się, czy nie mówi tak, bo mu przeszkadzam.
  - Widzisz, teraz pracuję także dla ciebie - odrzekł.
  - Ja nie potrzebuję lokaja - zapewniłam go.
Wzruszył ramionami.
  - I tak dostanę większą zapłatę - zażartował, a ja znowu się zaśmiałam.
  - Chociaż właściwie, potrzebuję czegoś - zastanowiłam się.
  - Czego?
  - Towarzystwa - oznajmiłam - Mogę z tobą oglądać?
  - Pewnie - zdziwił się Alfred i wskazał na kanapę - Proszę, usiądź. Będzie mi bardzo miło. Na prawdę ciekawy serial teraz idzie.
  - To co to w końcu jest? - zapytałam siadając obok niego i patrząc na ekran.
  - "Niewolnica Izaura" - odpowiedział.
  - Pierwszy raz słyszę - przyznałam.
  - Popularne to było, ale to nie twoje czasy. Nic dziwnego, że nie znasz.
   Szczerze powiedziawszy, rzadko kiedy miałam wcześniej okazję do oglądania telewizji. Filmy może jeszcze. Dwie godziny i koniec. Ale seriali w ogóle nie oglądałam. Jednak "Niewolnica Izaura" na prawdę mnie zainteresowała. Alfred wszystkich mi przedstawił i chociaż trochę się gubiłam, spodobało mi się to.
   Gdy odcinek dobiegł końca, Alfred oznajmił, że musi wracać do pracy. Musiał przygotować obiad. Zadeklarowałam swoją pomoc, w końcu nie miałam nic do roboty. Świetnie mi się z nim rozmawiało, było swobodnie i zabawnie. Opowiedział mi o wszystkim, co dzieje się w jego ulubionym serialu. Właściwie, tylko on mówił, bo ja nie miałam co. Gd zaczęłam opowiadać, jak wyglądało moje życie do wczorajszej nocy, znowu niemal się popłakałam, więc postanowiłam się nie odzywać i tylko słuchać Alfreda, zwłaszcza, że bardzo ciekawie opowiadał,
    Po obiedzie, kiedy już włożyliśmy wszystkie naczynia do zmywarki, zamknęłam się razem ze Stephanie w pokoju i zaczęłam tłumaczyć jej ciągi, z których za kilka dni miała mieć sprawdzian. Na początku się śmiała i wygłupiała, po godzinie nauki spoważniała i w końcu się skupiła, a po upływie drugiej godziny się załamała, a ja sama już nie wiedziałam jakich słów użyci, by mnie zrozumiała.
  - Nie dam rady! - wykrzyknęłam w końcu zatrzaskując podręcznik - Dostanę jeden.
  - Steph, spokojnie - pocieszałam ją - Już jesteś zmęczony, dwie godziny się uczymy. Mamy jeszcze dwa dni.
  - Tyle czasu się uczyłyśmy, a ja nic z tego nie wiem - przerwała mi chowając twarz w dłoniach.
  - Wiesz coś. Nie dostaniesz jedynki.
  - Tylko zero... - burknęła nie podnosząc głowy.
Pokręciłam głową, nie mogąc się powstrzymać się uśmiechu.
  - Wystarczy na dzisiaj. Odpocznij - powiedziałam - Zobaczysz, że gdy się rano obudzisz, będziesz bardziej rozumiała, niż teraz.
Spojrzała zrezygnowana na zegarek.
  - Zaraz mam trening - poinformowała.
  - Jesteś zmęczona - przypomniałam jej.
  - Zmęczona, to ja jestem umysłowo, a nie fizycznie - stwierdziła - Trening dobrze mi zrobi - powiedziała, a widząc, że spuściłam głowę, dodała: - To tak tylko strasznie wygląda, to całe życie superbohatera. Przyzwyczaisz się szybko. Po za tym, tobie szkoła odchodzi.
   Przytaknęłam. Nie wiem, czy mam się cieszyć z tego powodu, czy nie. Podniosłam wzrok i popatrzyłam na nią rozbawiona.
  - Co? - spytała prostując się - Co jest?
  - Czyli Rabin, tak? - zapytałam podejrzliwie.
  - No, tak... - wydawała się zdziwiona - To mój pseudonim.
  - Czyli miałaś taki oryginalny pomysł z tą historyjką o Rabin? - upewniłam się uśmiechając się do niej szeroko.
  - Nie rozumiem, o co ci chodzi? - ściągnęła brwi.
  - A może jednak na prawdę podoba ci się jakiś Robin? - powiedziałam powoli. Stephanie otworzyła szeroko oczy i zaśmiała się, gdy zrozumiała o czym mówię - Śmiejesz się! - wycelowałam w nią palcem, również chichocząc - Czyli jednak któryś ci się podoba!
  - Cicho! - skarciła mnie próbując zasłonić mi dłońmi usta, ale wciąż się śmiała - Nie musisz tego od razu rozpowiadać na cały świat...
  - Który, który, który? - podskakiwałam na łóżku.
  - Co "który"? - spytała.
  - Nie udawaj głupiej, głupia - powiedziałam szturchając ją w ramię - Niech zgadnę - zastanowiłam się przez chwilę - Damian. Przeciwieństwa się przyciągają.
  - Damian jest w porządku - wzruszyła ramionami - Na prawdę go lubię. A nawet kocham, jak brata. Jest trochę oschły, ale to cudowny człowiek. Zobaczysz, tylko musisz go trochę bliżej poznać. Nie zarażaj się do niego.
   Skinęłam głową. Nie wątpię w jej słowa, ale prawdy powiedziawszy, już się zdążyłam zrazić do syna Wayne'ów i trochę się go boję.
  - To jeśli nie Damian, to kto? - kontynuowałam podsuwając się bliżej.
  - Dlaczego jesteś taka ciekawska? - Stephanie widocznie chciała zakończyć ten temat.
  - Mów - zarządziłam.
Zarumieniła się i odwróciła speszona wzrok. Nie mogłam dłużej wytrzymać i wybuchnęłam śmiechem.
  - Nie śmiej się, bo ci nie powiem! - wykrzyknęła.
  - Okej, okej - udałam, że zamykam buzię na kłódkę.
  - No to, to jest ten... - zaczęła nerwowo zwijając w dłoniach zeszyt do matematyki i nie patrząc mi w oczy.
  - Który? - zachęciłam ją.
  - Ten taki... - wydukała.
  - Jaki? - nachyliłam się nad nią, by lepiej usłyszeć, jak wypowiada to imię.
  - Jason... - powiedziała w końcu.
  - Jason! - zawołałam klaszcząc w dłonie.
Wytrzeszczyła na mnie oczy.
  - Cicho! - syknęła ponownie, a ja z trudem powstrzymywałam śmiech.
  - On o tym wie - powiedziałam.
  - Chyba nie... Nie wiem.
  - To nie było pytanie, tylko twierdzenie. On wie o wszystkim.
Teraz ona zaczęła się śmiać.
  - Tylko mu nie mów - przykazała mi.
  - Od razu stanę w centrum miasta i wykrzyczę do mikrofonu kim jest Batman i jego ekipa - zażartowałam, a Stephanie cisnęła we mnie poduszką - A na deser zaśpiewam, że Stephanie Brown kocha się www...
  - Skończ! - zawołała cała czerwona od śmiechu i zmieszania, po czym wstał - Idę na trening, a ty się lecz.
   Wyszła, nadal się śmiejąc i kręcąc głową z po wątpieniem, a ja wróciłam do swojego pokoju, gdzie przesiedziałam sama już do końca dnia, nie chcąc się nikomu narzucać. Cały czas mam wrażenie, jakbym była w tym domu intruzem.
   Nadeszła noc. Pozostałości zeszłej nocy przespałam bez problemu, ale dzisiaj nie mogłam zmrużyć oka. Wszystko to, czego obawiałam się wczoraj, nadeszło dzisiaj. Przewracałam się godzinami z boku na bok. Człowiek w nocy nie pamięta, co dobrego go spotkało. Gdy jest ciemno i jest sam, pamięta tylko te złe wydarzenia. Tak jakby przykre wspomnienia, były nocnymi potworami, łowcami umysłów i serc ludzkich. Gdy tylko zapada ciemność, one jak w bajkach opowiadanych niegrzecznym dzieciom, wychodzą z cienia i atakują. Nie szybko, ale powoli i męcząco, zupełnie jakby delektowały się twoimi łzami. Otaczana, przez te bestie, w końcu nie wytrzymałam i zrzuciłam ciężki kamień z serca, który dźwigałam przez cały dzień. Przestałam skrywać łzy i wypłakałam je w poduszkę, która w trakcie tej bitwy, okazała się być największym sojusznikiem o przyjacielem.
   Wydaje mi się, że moje życie, jeszcze przed wczorajszym wieczorem było snem, a jednocześni, że to co dzieje się, odkąd przybyłam do rezydencji Wayne'ów, także jest snem. Czuję się, jakbym nigdy nie istniała. Czy to normalne, czy ze mną znów jest coś nie tak? Już nawet słowa pociechy Jasona, które podniosły mnie na duchu w trakcie dnia, teraz nie działały. Byłam załamana i chociaż w około otaczali mnie ludzie, tak na prawdę byłam sama.
   Już godzinę wpatrywałam się w sufit, rozmyślając o tym wszystkim. Ludzie twierdzą, że rozmyślanie to najgorsze, co można zrobić w takiej sytuacji, ale prawda jest taka, że wszyscy rozmyślają.
  W końcu wstałam i po cichu zaszłam do łazienki, gdzie przepłukałam nadal czerwoną od płaczu twarz. Spojrzałam w lustro i skupiłam wzrok na nie dużej plamce na moim lewym ramieniu. Mam ją od urodzenia. To znamię. Kształtem przypomina trochę wózek dziecięcy, chociaż dla taty, to zawsze były taczki, a pod spodem znajduje się coś podobnego do małej skałki. Wózek zmierza prosto w jej kierunku. Moja mama ma takie same znamię, w tym samym miejscu. Można więc powiedzieć, że to moja pamiątka po niej, Czy można kogoś kochać i nie nienawidzić jednocześnie?
   Na samą myśl o mamie, poczułam rozsadzającą wściekłość i niekontrolowaną chęć uderzenia jej i wykrzyczenia prosto w twarz, co o niej myślę, a co myślałam kiedyś. Westchnęłam i nacisnęłam na klamkę, chcąc wyjść i wrócić do łóżka. Pchnęłam drzwi, dosyć mocno, w końcu byłam naładowana złością, i poczułam, że w coś lub kogoś uderzam. Wychyliłam się zaniepokojona i zajrzałam za drzwi. Tim trzymał się za głowę i zwijał z bólu.
  - Ojejku, przepraszam! - szepnęłam i wyprostowałam go delikatnie chwytając za ramiona.
  - Drugi raz już na mnie dzisiaj wpadasz - zaśmiał się cicho pocierając czoło - Czy ty nie chcesz mnie czasem zabić?
  - To było niechcący - powiedziałam przepraszającym tonem. Chwyciłam jego dłoń i odciągnęłam od czoła - Nic ci nie jest? Trochę mocno przywaliłam...
  - W porządku - machnął ręką - Nie wiedziałem, że jesteś w łazience. Nie widziałem światła. Mogło być gorzej, mogłem ci wejść. Wtedy to ja bym musiał ciebie przepraszać...
  - Nie musisz się tłumaczyć, to moja wina - uśmiechnęłam się, chociaż wiedziałam, że jest za ciemno, by to zauważył. Zaczęłam przyglądać się jego skroni, ale i na to zabrakło światła - Na prawdę cię przepraszam - powtórzyłam, wyzywając się w myślach od idiotek. Czy ja zawszę muszę tworzyć komplikacje? - Bardzo cię boli?
  - Trochę - przyznał Tim - Ale zaraz przejdzie. W ogóle to... Nie możesz spać?
  - Chyba dzisiaj nie zasnę - odpowiedziała - A ty?
  - Też jakoś nie mogę usnąć... - popatrzył na mnie dziwnym wzrokiem - Jason cię oprowadzał, nie?
  - Tak - potwierdziłam.
  - A pokazywał ci nasz taras widokowy? - uśmiechnął się tajemniczy.
  - W sensie balkon? - ściągnęłam brwi - Nie, nie pokazywał.
Tim zadowolony skinął głową, a ja zastanawiałam się, co takiego kombinuje.
  - Pewnie nie miałaś wcześniej okazji zobaczyć Gotham City nocą? Tak w pełnym wymiarze? - spytał. Pokręciłam przecząco głową i nim zdążyłam coś powiedzieć, rzucił mi koc, który leżał na eleganckim krześle, na korytarzu - Zarzuć to i chodź ze mną! - rzekł i zaczął biec w przeciwnym kierunku.
   Posłusznie okryłam kocem plecy i nie wiele myśląc, pobiegłam za nim. Wspięliśmy się na strych, z skąd weszliśmy na dach.
   Zimny, porywisty wiatr sprawił, że zaczęłam trząść się z zimna. Odwróciłam się w kierunku, w którym odbiegł Tim i moim oczom ukazał się chyba najpiękniejszy widok, jaki widziałam nocą.
   Przed nami wybitnie prezentowało się całe Gotham, magicznie oświetlone i, mimo późnej godziny, jak zawsze tętniące życiem. Na około naszej dużej wyspy, rozciągała się woda, a nad nią, na ciemnym niebie świecił cieniutki księżyc i kilka nielicznych gwiazd.
   Powoli podeszłam zachwycona do krawędzi dachu i stanęłam obok Tima. Oparłam ręce na murku.
  - To jest piękne... - szepnęłam, nie ukrywając podziwu - Niesamowite...
  - Prawda? Też tak sądzę - powiedział Tim cicho.
  - Wcześniej widziałam takie coś tylko na pocztówkach - przyznałam - Ale to nie to samo...
  - A to było tak blisko ciebie - odparł Tim. Spuściłam wzrok zamyślona. Znaczy, że teraz świat się przede mnę otwiera? Tim chyba zauważył mój smutek - Jak ci się u nas podoba? - zapytał.
Podniosłam głowę i uśmiechnęłam się do niego słabo.
  - Jest bardzo dobrze. Dziękuję - powiedziałam i poczułam, że muszę wyznać coś więcej - Jednak wolałabym być u siebie w domu, z rodzicami.
Tim wbił wzrok w murek.
  - Rozumiem cię - powiedział - Przeżywałem to samo... Właściwie, wciąż przeżywam. Wiesz, wydaje mi się to nie prawdą, że czas leczy rany.
  - Co masz na myśli? - spytałam.
  - Ból zawsze będzie taki sam, tylko, że dla nas staje się normą - powiedział - Tak jest przynajmniej w moim przypadku.
Starałam się zrozumieć jego słowa.
  - Chodzi ci o to, że tęsknisz za ludźmi których kochałeś, tak samo, jak wtedy gdy ich straciłeś? - zapytałam niepewnie.
  - Też - powiedział nie patrząc na mnie, tylko przed siebie, ale chyba teraz już nie podziwiał widoku - Ale mówię też o tym, że to nie czas zmniejsza cierpienie. Nic go nie zmniejsza, tylko tak jakby go zakrywa, a zakrywają go nasze czyny - przez dłuższą chwilę wpatrywałam się w niego zmartwiona - Tak, wiem, głupi jestem.
  - Nie - odpowiedziałam po kilku sekundach - Nie jesteś głupi... Nasze czyny, tak?
  - Tak. Widzisz, zło zabiło moich rodziców w niezwykle okrutny sposób, więc ja, chcąc się ich pomścić, niszczę zło. Ale to wcale nie sprawia, że czuję się lepiej, mniej cierpię. Daje mi to tyle, że wiem, że robię coś dla rodziców, dla innych i wiem, że postępuję słusznie.
  - Jej, Tim... - westchnęłam, ale brakowało mi słów.
Podniósł głowę i uśmiechnął się do mnie sympatycznie.
  - Jedyne co mogę ci poradzić, to pogodzić się z tym, co się stało i tym, jak wszystko będzie teraz wyglądać - powiedział - Wiem, że trudne. Sam to przechodziłem. Mógłbym ci teraz powiedzieć, że taka jest kolej rzeczy, ludzie rodzą się i umierają, na każdego przychodzi czas. Ale myślę, że to puste słowa, które każdemu, kto przeżywa śmierć bliskiej osoby, nic nie pomagają. Bardzo chciałbym ci pomóc, ale nie potrafię... - pokiwałam głową wpatrując się w niego - Co do twojej matki... Na szczęście, nie miałem takiej sytuacji. Ale pamiętaj co robisz. Pomyśl, czego chciałby twój tata i czego pragniesz ty. Rozumiesz, o czym mówię, prawda?
  - Rozumiem - przytaknęłam. Tim jest bardzo mądrym człowiekiem. Myślałam, że rozmowa z Jason'em była lekarstwem na moją duszę, ale myliłam się. To ta rozmowa nim była - Dziękuję...
   Tim również skinął głową, po czym syknął i przyłożył dłoń do czoła.
  - Ale mi przywaliłaś - powiedział.
  - Głowa cię boli? - zaniepokoiłam się.
  - Tak, teraz mocniej.
  - Wracajmy - stwierdziłam - Lepiej żebyś się położył.
   Teraz to ja prowadziłam go po stromych schodkach w dół, trzymając za rękę i pilnując, żeby nie spadł, gdy zakręci mu się w głowie, a on się nie sprzeciwiał, więc musiałam na prawdę mocno przywalić. Chciałam odprowadzić go do jego sypialni, ale on zatrzymał się przed moim pokojem.
  - Dalej dojdę, znam drogę - uśmiechnął się do mnie - Idź odpocznij.
Skinęłam głową.
  - Ty też - powiedziałam odwzajemniając uśmiech.
    Zamknęłam drzwi i położyłam się do łóżka. Tym razem zasnęłam niemal natychmiast po zamknięciu oczu.